Gość (37.30.*.*)
Wprowadzenie osobistych paszportów ekologicznych, znanych również jako systemy indywidualnych limitów emisji CO2 (Personal Carbon Trading – PCT), to temat, który w kręgach ekonomistów i ekologów budzi skrajne emocje. Choć koncepcja ta nie jest jeszcze oficjalnym prawem unijnym w tak radykalnej formie, analizy ekspertów pozwalają nakreślić bardzo precyzyjny obraz tego, jak wyglądałoby życie w Europie pod rządami „węglowego portfela”. Połączenie tego z drastycznymi podatkami na paliwa kopalne i szybkim zakazem aut spalinowych tworzy scenariusz głębokiej transformacji społeczno-gospodarczej.
Ekonomiści zajmujący się rynkami emisji (jak np. zwolennicy teorii Coase'a) zazwyczaj opowiadają się za wersją z możliwością handlu. Dlaczego? Ponieważ rynek jest najbardziej efektywnym mechanizmem alokacji zasobów. W tym scenariuszu każda osoba otrzymuje roczną pulę „punktów węglowych”. Jeśli żyjesz oszczędnie – jeździsz rowerem, nie jesz mięsa i rzadko latasz samolotem – możesz sprzedać swoje niewykorzystane limity tym, którzy chcą konsumować więcej. Dla osób uboższych mógłby to być dodatkowy dochód, co teoretycznie zmniejszałoby nierówności społeczne.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w wariancie bez możliwości handlu, ale z nałożonym 35-procentowym podatkiem od węgla i koksu. Tutaj specjaliści ostrzegają przed „sztywnością systemu”. Brak możliwości odkupienia limitu sprawia, że po jego wyczerpaniu obywatel traci prawo do określonych aktywności (np. zakupu biletu lotniczego czy paliwa). 35-procentowy podatek od węgla, wprowadzony w czwartym roku, uderzyłby rykoszetem w przemysł ciężki, budownictwo i ciepłownictwo, drastycznie podnosząc koszty życia, których nie zrekompensuje prosty brak handlu limitami.
Propozycja zniesienia akcyzy na energię elektryczną jest postrzegana przez ekonomistów jako niezbędny „bezpiecznik”. Ma to na celu zachęcenie obywateli do całkowitej elektryfikacji życia – od pomp ciepła po samochody elektryczne. Specjaliści od energetyki zauważają jednak pewien haczyk: sama akcyza to tylko ułamek ceny prądu. Przy jednoczesnym wzroście popytu na energię i ogromnych kosztach modernizacji sieci przesyłowych, cena netto prądu mogłaby wzrosnąć tak bardzo, że zniesienie akcyzy stałoby się niemal nieodczuwalne dla portfela przeciętnego Kowalskiego.
Koncepcja Personal Carbon Trading pojawiła się w Wielkiej Brytanii już w latach 90. XX wieku (jako tzw. TEQs – Tradable Energy Quotas). Choć wtedy uznano ją za zbyt trudną technologicznie do wdrożenia, dzisiejsza cyfryzacja, aplikacje bankowe i systemy śledzenia śladu węglowego sprawiają, że technicznie jest to rozwiązanie gotowe do wprowadzenia niemal „od zaraz”.
Wprowadzenie zakazu sprzedaży i użytkowania (lub drastycznego ograniczenia) pojazdów spalinowych już w szóstym roku od wejścia reformy to dla wielu ekspertów ds. transportu scenariusz „szokowy”. Obecne plany UE zakładają rok 2035, co i tak jest wyzwaniem. Skrócenie tego terminu do 6 lat spowodowałoby:
Jeśli taki pakiet wszedłby w życie, codzienność uległaby całkowitemu przewartościowaniu. Oto najważniejsze aspekty:
Każdy produkt w sklepie miałby przypisaną wartość CO2. Wołowina, jako produkt o wysokim śladzie węglowym, mogłaby stać się towarem luksusowym, na który „nie stać” naszego paszportu ekologicznego. Konsumpcja przesunęłaby się w stronę produktów lokalnych i roślinnych.
Osoby posiadające domy ogrzewane węglem (nawet nowoczesnym ekogroszkiem) od czwartego roku odczułyby potężny cios finansowy przez 35-procentowy podatek. Zmusiłoby to miliony ludzi do zaciągania kredytów na termomodernizację i pompy ciepła, co przy wysokich stopach procentowych mogłoby prowadzić do zjawiska tzw. ubóstwa energetycznego.
Ludzie zaczęliby planować rok nie tylko w oparciu o pieniądze, ale o limity. „Czy stać mnie na wakacje w Hiszpanii, czy może muszę zachować limit CO2, żeby móc ogrzać dom w grudniu?” – to stałoby się realnym dylematem. W wersji z handlem limitami powstałaby nowa warstwa spekulantów i giełd, gdzie „powietrze” byłoby cenniejsze niż złoto.
Wprowadzenie paszportów CO2 wymagałoby pełnej transparentności wydatków. Każda transakcja kartą musiałaby być raportowana do centralnego systemu, który odejmowałby odpowiednią ilość jednostek CO2. Dla wielu specjalistów ds. prywatności jest to krok w stronę systemu kredytu społecznego, znanego z Chin.
Większość ekonomistów zgadza się, że taki system najskuteczniej i najszybciej obniżyłby emisje w UE. Jednak cena społeczna byłaby ogromna. System bez handlu limitami, połączony z wysokimi podatkami, jest oceniany jako wysoce ryzykowny – mógłby doprowadzić do głębokiej recesji, spadku konsumpcji i niepokojów społecznych. Z kolei zniesienie akcyzy na prąd to krok w dobrym kierunku, ale zdaniem wielu ekspertów, zbyt mały, by zrównoważyć koszty zakazu aut spalinowych i podatku węglowego w tak krótkim czasie.
Wprowadzenie tych zmian w ciągu zaledwie kilku lat wymagałoby nie tylko gigantycznych nakładów finansowych państw, ale przede wszystkim całkowitej zmiany mentalności obywateli, dla których wolność wyboru konsumpcyjnego zostałaby zastąpiona przez ścisłe planowanie ekologiczne.