Gość (37.30.*.*)
Wprowadzenie tak radykalnych zmian w systemie podatkowym byłoby prawdziwą rewolucją społeczno-gospodarczą. Propozycja, która łączy drastyczne podniesienie opodatkowania wybranych produktów spożywczych z jednoczesną obniżką podatków dochodowych i zmianą stawek VAT, to mechanizm mający na celu nie tylko łatanie dziur w budżecie, ale przede wszystkim sterowanie zachowaniami obywateli. Przyjrzyjmy się, co taka reforma mogłaby oznaczać w praktyce dla naszych portfeli, zdrowia i państwowej kasy.
Stawka 35% na mięso, wyroby mięsne, sól, cukier i słodziki to poziom opodatkowania zbliżony do tego, jaki obecnie nakłada się na wyroby tytoniowe czy alkohol. Tak wysoki podatek drastycznie podniósłby ceny detaliczne. Przykładowo, jeśli kilogram schabu kosztuje dziś 20 zł, po doliczeniu nowej daniny jego cena mogłaby wzrosnąć do blisko 27-30 zł.
Z perspektywy żywieniowej, taki ruch z pewnością wywołałby "szok cenowy". Konsumenci, zwłaszcza ci o niższych dochodach, zostaliby zmuszeni do ograniczenia spożycia czerwonego mięsa i cukru na rzecz tańszych alternatyw. Z punktu widzenia zdrowia publicznego mogłoby to przynieść pozytywne skutki w długim terminie: spadek zachorowań na otyłość, cukrzycę typu 2 oraz choroby układu krążenia. Z drugiej strony, drastyczny wzrost cen podstawowych produktów spożywczych mógłby doprowadzić do zjawiska tzw. ubóstwa żywieniowego lub rozkwitu czarnego rynku (np. nielegalnego uboju czy przywożenia cukru z krajów ościennych).
Analiza wpływu na budżet jest niezwykle skomplikowana i nie mogę jej precyzyjnie zweryfikować bez dostępu do zaawansowanych modeli ekonometrycznych, ale można nakreślić główne kierunki przepływów pieniężnych:
Bilansowanie tych zmian jest ryzykowne. Podwyżki cen żywności uderzają w najbiedniejszych (którzy wydają większość dochodów na jedzenie), podczas gdy obniżka PIT o 1% i VAT o 1% (z 23 na 22) premiuje osoby zamożniejsze i kupujące droższe towary.
Gdyby mięso i cukier stały się produktami niemal luksusowymi, polska kuchnia musiałaby przejść metamorfozę. Oto prawdopodobne scenariusze:
Wiele krajów wprowadziło już tzw. sugar tax. W Meksyku, po wprowadzeniu podatku od napojów słodzonych, ich spożycie spadło o około 6-12% w ciągu pierwszych dwóch lat. Z kolei w Danii przez krótki czas obowiązywał podatek od tłuszczów nasyconych (tzw. fat tax), ale został zniesiony po roku, ponieważ obywatele zaczęli robić zakupy spożywcze w Niemczech i Szwecji, co uderzyło w rodzimy handel.
Z punktu widzenia czystej teorii ekonomii, przesunięcie ciężaru opodatkowania z pracy (PIT) na konsumpcję produktów szkodliwych (cukier, sól) jest często chwalone przez ekspertów jako sposób na zdrowsze społeczeństwo i wydajniejszą gospodarkę. Jednak w praktyce skala zmian (skok na 35%) jest tak drastyczna, że mogłaby wywołać potężną inflację żywnościową.
Dodatkowo, jednoczesna zmiana stawek VAT i obniżka akcyzy na prąd tworzy niezwykle skomplikowany system, w którym trudno przewidzieć ostateczny koszt życia. Dla przeciętnego Kowalskiego tańszy prąd i o 1% niższy podatek dochodowy mogłyby nie zrekompensować ogromnych podwyżek cen w sklepach spożywczych.
Podsumowując, taka reforma byłaby odważnym eksperymentem społecznym. Choć mogłaby poprawić stan zdrowia narządu i uprościć niektóre aspekty podatkowe, niosłaby ze sobą ogromne ryzyko wzrostu rozwarstwienia społecznego i niezadowolenia obywateli, dla których tradycyjny schabowy stałby się towarem premium.