Gość (37.30.*.*)
Wspomnienie dziecka stojącego twarzą do ściany w kącie sali przedszkolnej lub siedzącego na „krzesełku wstydu” to dla wielu osób dorosłych obrazek wręcz ikoniczny, choć budzący mieszane uczucia. Tak zwane karniaki były przez dziesięciolecia podstawowym narzędziem dyscyplinującym w placówkach oświatowych. Choć z perspektywy czasu mogą wydawać się niewinną metodą na uspokojenie rozbrykanego malucha, współczesna psychologia i pedagogika stawiają sprawę jasno: to forma przemocy emocjonalnej, która przynosi więcej szkód niż pożytku.
Karniaki to potoczne określenie na różnego rodzaju kary izolacyjne stosowane wobec dzieci, które złamały panujące zasady. Najpopularniejszą formą było „stanie w kącie” – dziecko musiało stać nieruchomo, często tyłem do grupy, przez określony czas (zazwyczaj kilka lub kilkanaście minut). Innym wariantem było „krzesełko wstydu” lub „ośla ławka”, gdzie uczeń był fizycznie oddzielany od reszty rówieśników, stając się obiektem ich spojrzeń.
Głównym założeniem tej metody było danie dziecku czasu na „przemyślenie swojego zachowania”. Wierzono, że izolacja i poczucie dyskomfortu skłonią malucha do refleksji i sprawią, że w przyszłości nie powtórzy błędu. Niestety, jak pokazują badania, mechanizm ten działał zupełnie inaczej, niż wyobrażali sobie dawni wychowawcy.
Współczesna wiedza o rozwoju mózgu dziecka rzuca zupełnie nowe światło na skuteczność karniaków. Psycholodzy podkreślają, że izolacja społeczna jest dla dziecka jednym z najsilniejszych stresorów. Oto główne powody, dla których ta metoda jest dziś tak ostro krytykowana:
Kiedy dziecko zostaje odizolowane od grupy, w jego mózgu aktywują się ośrodki odpowiedzialne za lęk i przetrwanie (tzw. gadzi mózg). W takim stanie fizjologicznym kora przedczołowa, odpowiedzialna za logiczne myślenie i wyciąganie wniosków, praktycznie przestaje działać. Dziecko w kącie nie myśli o tym, co zrobiło źle – ono czuje się zagrożone, odrzucone i upokorzone. Zamiast skruchy, pojawia się gniew lub paraliżujący strach.
Karniaki opierały się na publicznym zawstydzaniu. Dziecko wystawione na widok publiczny jako „to złe” zaczyna budować negatywny obraz samego siebie. Zamiast komunikatu „twoje zachowanie było niewłaściwe”, dziecko odbiera sygnał „ty jesteś zły”. Długofalowo prowadzi to do problemów z pewnością siebie i trudności w budowaniu relacji z innymi.
Karniak mówi dziecku, czego ma nie robić, ale nie daje mu żadnych narzędzi do tego, jak zachować się poprawnie. Jeśli maluch uderzył kolegę, bo nie potrafił poradzić sobie ze złością, stanie w kącie nie nauczy go regulacji emocji. Dziecko dowiaduje się jedynie, że silniejszy (dorosły) może użyć siły lub izolacji, by wyegzekwować posłuszeństwo.
Badania neurobiologiczne (m.in. prowadzone przez Naomi Eisenberger) wykazały, że odrzucenie społeczne i izolacja aktywują w mózgu te same obszary, co ból fizyczny. Dla małego dziecka, którego przetrwanie zależy od opieki i akceptacji dorosłego, „karniak” może być odczuwany jako realne cierpienie fizyczne.
Pedagodzy promują dziś podejście oparte na relacji i wsparciu, a nie na karaniu. Zamiast popularnego niegdyś „time-out” (odesłania dziecka), proponuje się „time-in”.
Rezygnacja z karniaków nie oznacza braku granic czy „wychowania bezstresowego” w potocznym, błędnym rozumieniu tego słowa. Współczesna pedagogika stawia na granice oparte na szacunku. Rozumiemy już, że dyscyplina wywodząca się od łacińskiego słowa discipulus (uczeń) powinna oznaczać nauczanie, a nie karanie.
Karniaki odeszły do przeszłości, ponieważ wiemy już, że strach nie jest dobrym nauczycielem. Choć metoda ta mogła dawać natychmiastowy efekt w postaci ciszy w sali, jej koszty emocjonalne były zbyt wysokie. Dzisiejsze przedszkola i szkoły stawiają na budowanie bezpiecznej więzi, która jest najlepszym fundamentem do nauki właściwych zachowań społecznych.