Gość (37.30.*.*)
Zjawisko, w którym algorytmy platform takich jak YouTube, TikTok czy Facebook promują treści o wątpliwej wartości merytorycznej kosztem rzetelnej nauki, nie jest dziełem przypadku ani złośliwości programistów. To wynik skomplikowanej gry między psychologią ewolucyjną a matematyczną optymalizacją zysków. Choć wydaje nam się, że technologia powinna wspierać nasz rozwój, jej głównym zadaniem w obecnym modelu biznesowym jest zatrzymanie nas przed ekranem jak najdłużej.
Podstawowym wskaźnikiem, na którym opierają się algorytmy, jest zaangażowanie (ang. engagement). Składa się na nie kilka czynników: współczynnik klikalności (CTR), czas oglądania oraz interakcje (lajki, komentarze, udostępnienia). Filmy o "obrzydliwościach" lub absurdalne poradniki kulinarne mają jedną ogromną przewagę nad wykładami z astrofizyki: budzą natychmiastowe, silne emocje, takie jak szok, odraza czy niedowierzanie.
Z punktu widzenia ewolucji, nasz mózg jest zaprogramowany, by zwracać uwagę na rzeczy nietypowe, groźne lub obrzydliwe. To mechanizm przetrwania – musieliśmy wiedzieć, co jest zepsute lub niebezpieczne. Algorytmy bezbłędnie to wykorzystują. Jeśli 90% osób, którym wyświetli się miniatura z "dziwną parówką", kliknie w nią z ciekawości, algorytm uzna to za sygnał: "To jest wartościowy materiał, pokazujmy go dalej". Film o mechanice kwantowej, wymagający skupienia i wysiłku intelektualnego, przegrywa w tym wyścigu już na starcie, bo klika w niego tylko wąska grupa pasjonatów.
Kolejnym powodem jest tak zwany wysiłek poznawczy. Po całym dniu pracy lub nauki większość użytkowników szuka rozrywki, która nie wymaga intensywnego myślenia. Oglądanie zestawienia "Top 10 najdziwniejszych przedmiotów znalezionych w żołądku rekina" jest relaksujące w sposób pasywny. Treści naukowe wymagają od nas aktywnego przetwarzania informacji, co dla zmęczonego mózgu bywa barierą nie do przejścia.
Algorytmy uczą się naszych nawyków. Jeśli raz, w chwili słabości, klikniemy w niskiej jakości "clickbait", system zapamiętuje, że taka tematyka przykuła naszą uwagę. Zaczyna podsuwać podobne treści, tworząc tzw. bańkę informacyjną. W efekcie wartościowe kanały edukacyjne, które publikują filmy raz na miesiąc (bo rzetelny research zajmuje czas), giną w zalewie masowo produkowanego "contentu" niskiej jakości, który może powstawać codziennie.
Platformy społecznościowe zarabiają na reklamach. Im więcej czasu spędzisz na stronie, tym więcej reklam zobaczysz. Algorytm nie ocenia jakości merytorycznej filmu – nie wie, czy to, co oglądasz, jest prawdą, czy kompletną bzdurą. Interesuje go tylko to, czy po obejrzeniu jednego filmu włączysz kolejny.
Filmy naukowe często kończą się konkluzją, która zamyka temat i pozwala użytkownikowi odłożyć telefon. Z kolei treści sensacyjne lub "zestawienia" są konstruowane tak, by budować napięcie i sugerować, że w następnym filmie zobaczysz coś jeszcze bardziej niesamowitego. To klasyczny mechanizm "rabbit hole" (króliczej nory), w którą wciąga nas algorytm, by maksymalizować zyski korporacji.
Twórcy treści o niskiej jakości często stosują technikę zwaną Curiosity Gap. Polega ona na podaniu w tytule lub na miniaturze informacji, która jest niepełna i budzi silny dyskomfort poznawczy (np. "Nie uwierzysz, co dodał do tej parówki!"). Nasz mózg podświadomie dąży do domknięcia tej luki informacyjnej, co sprawia, że kliknięcie staje się niemal odruchowe, niezależnie od tego, czy treść nas realnie interesuje.
Choć system wydaje się ustawiony przeciwko wartościowym treściom, jako użytkownicy mamy realny wpływ na to, co promują algorytmy. Każde nasze działanie jest głosem w tym cyfrowym plebiscycie.
Algorytmy nie są złe z natury – są po prostu lustrem naszych najprostszych instynktów. Promowanie nauki w sieci wymaga od nas, odbiorców, nieco więcej świadomego wysiłku, by pokazać maszynom, że cenimy wiedzę wyżej niż instrukcję gotowania parówki w czajniku.