Gość (83.4.*.*)
Granica między wolnością słowa a obowiązkami pracowniczymi bywa cienka, ale w ostatnich latach stała się znacznie wyraźniejsza. Pracodawcy coraz częściej dbają nie tylko o atmosferę wewnątrz zespołu, ale także o wizerunek firmy na zewnątrz. Mowa nienawiści, czyli wypowiedzi lżące, oskarżające lub nawołujące do nienawiści wobec konkretnych grup osób, jest traktowana jako jedno z najcięższych naruszeń regulaminu pracy. W polskim prawie pracy może to stanowić bezpośrednią przyczynę rozwiązania umowy bez wypowiedzenia z winy pracownika, czyli popularnej „dyscyplinarki”.
W kontekście zawodowym mowa nienawiści nie musi dotyczyć bezpośrednio szefa czy samej firmy jako instytucji. Często odnosi się do osób trzecich – współpracowników, klientów lub całych grup społecznych, ale ze względu na kontekst zatrudnienia, rzutuje na pracodawcę. Zgodnie z orzecznictwem sądów, mowa nienawiści to wypowiedzi, które szerzą, propagują lub usprawiedliwiają nienawiść rasową, ksenofobię, antysemityzm oraz inne formy nienawiści oparte na nietolerancji.
Jeśli pracownik publicznie (np. w mediach społecznościowych) lub wewnątrz firmy atakuje kogoś ze względu na jego pochodzenie, religię, orientację seksualną czy niepełnosprawność, narusza nie tylko normy społeczne, ale i podstawowe obowiązki pracownicze, takie jak dbanie o dobro zakładu pracy oraz przestrzeganie zasad współżycia społecznego.
To obecnie najczęstszy powód konfliktów na linii pracownik-pracodawca. Wiele osób uważa, że to, co publikują na prywatnym profilu na Facebooku czy LinkedInie po godzinach pracy, nie ma związku z ich zatrudnieniem. Nic bardziej mylnego. Jeśli w profilu widnieje informacja o miejscu pracy, a pracownik publikuje treści o charakterze nienawistnym, pracodawca ma prawo uznać, że takie zachowanie godzi w jego dobre imię.
Przykładem może być sytuacja, w której pracownik firmy transportowej publikuje ksenofobiczne komentarze pod adresem mniejszości narodowych. Nawet jeśli robi to z domowego komputera, jego wypowiedzi mogą zniechęcić kontrahentów lub wywołać kryzys wizerunkowy firmy. W takim przypadku sądy pracy często stają po stronie pracodawcy, uznając, że doszło do ciężkiego naruszenia obowiązków pracowniczych (art. 52 Kodeksu pracy).
Mowa nienawiści nie musi trafiać do szerokiego grona odbiorców, by stać się podstawą do zwolnienia. Wystarczy, że ma miejsce wewnątrz organizacji. Do zachowań kwalifikujących się do dyscyplinarki należą:
Warto wiedzieć, że pracodawca ma prawny obowiązek przeciwdziałania dyskryminacji w miejscu pracy. Jeśli zignoruje mowę nienawiści jednego pracownika wobec drugiego, sam naraża się na odpowiedzialność odszkodowawczą. Dlatego reakcja w postaci zwolnienia dyscyplinarnego jest często nie tylko prawem, ale i koniecznością dla firmy.
Zwolnienie dyscyplinarne jest możliwe w przypadku „ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych”. Choć Kodeks pracy nie zawiera definicji „mowy nienawiści”, to orzecznictwo Sądu Najwyższego jasno wskazuje, że do podstawowych obowiązków należy:
Mowa nienawiści uderza w każdy z tych punktów. Powoduje konflikty w zespole (naruszenie porządku), naraża firmę na straty wizerunkowe (brak dbałości o dobro zakładu) i jest jawnym zaprzeczeniem zasad współżycia społecznego.
Wielu pracowników sądzi, że rozmowy na prywatnych grupach z kolegami z pracy są całkowicie poufne. Historia zna jednak przypadki, w których screeny z takich rozmów trafiały do działów HR. Jeśli treść rozmów zawierała mowę nienawiści wobec innych pracowników lub klientów, sądy w niektórych przypadkach uznawały to za podstawę do wyciągnięcia konsekwencji, o ile naruszało to istotne interesy pracodawcy.
Nie każde ostre sformułowanie jest mową nienawiści. Aby zwolnienie dyscyplinarne było skuteczne, pracodawca musi udowodnić, że zachowanie było zawinione, miało charakter ciężki i realnie zagroziło interesom firmy. Krytyka pracodawcy czy warunków pracy, o ile jest merytoryczna i nie używa języka nienawiści, mieści się w granicach wolności słowa. Granicą jest jednak zawsze godność drugiego człowieka i ochrona przed dyskryminacją.
W dobie mediów społecznościowych i transparentności, to co piszemy w sieci, staje się naszą cyfrową wizytówką. Dla pracodawcy mowa nienawiści to „toksyczny ładunek”, którego pozbycie się jest często jedynym sposobem na uratowanie reputacji marki.