Gość (37.30.*.*)
Zmiany w stawkach VAT na produkty spożywcze to nie tylko kwestia wpływów do budżetu państwa, ale przede wszystkim potężne narzędzie inżynierii społecznej. Gdybyśmy jutro obudzili się w rzeczywistości, w której schabowy drożeje, a paczka soczewicy czy mąka ze świerszczy tanieje do zera, nasze koszyki zakupowe z pewnością przeszłyby metamorfozę. Ekonomia behawioralna od lat bada, jak cena wpływa na nasze wybory i odpowiedź jest jasna: tak, taka rewolucja podatkowa drastycznie zmieniłaby nawyki konsumentów, choć nie u wszystkich w ten sam sposób.
Przeniesienie cukru, soli i produktów wysokoprzetworzonych (zawierających powyżej 10 g cukru na 100 g produktu) do stawki 22% byłoby dla wielu Polaków prawdziwym szokiem cenowym. Obecnie wiele z tych produktów korzysta z niższych stawek, a ich cena jest relatywnie niska w stosunku do sytości, jaką oferują (choć jest to sytość złudna).
Wzrost ceny o kilkanaście procent sprawiłby, że słodkie napoje, batony czy gotowe dania stałyby się produktami "premium". Historia wprowadzenia tzw. opłaty cukrowej w Polsce już pokazała, że konsumenci reagują natychmiastowo – sprzedaż napojów słodzonych spadła, a producenci zaczęli masowo zmieniać receptury, by uniknąć daniny. Przy stawce 22% trend ten uległby pogłębieniu. Konsumenci prawdopodobnie częściej sięgaliby po owoce (które pozostałyby tanie), traktując je jako naturalny zamiennik słodyczy.
Podniesienie stawki na mięso (poza drobiem i rybami) oraz oleje roślinne, takie jak oliwa z oliwek czy olej kokosowy, do 10,5% uderzyłoby w tradycyjny model polskiej diety. Choć skok z 5% czy 8% do 10,5% nie wydaje się drastyczny, w skali miesięcznych wydatków na domowe obiady byłby odczuwalny.
Ciekawym aspektem jest tutaj oliwa z oliwek. Uznawana za jeden z najzdrowszych tłuszczów na świecie, stałaby się jeszcze droższa, co mogłoby zniechęcić osoby o niższych dochodach do dbania o profilaktykę chorób układu krążenia. Z kolei droższe mięso czerwone mogłoby skłonić Polaków do tzw. fleksitarianizmu – stylu życia, w którym mięso jada się okazjonalnie, a nie codziennie.
Największą rewolucją byłaby stawka 0% na warzywa strączkowe oraz owady. Tutaj mechanizm psychologiczny jest prosty: "skoro to jest darmowe od podatku, to warto spróbować".
Warto pamiętać o zjawisku elastyczności cenowej popytu. Produkty podstawowe, jak sól czy olej, kupujemy niemal zawsze, niezależnie od ceny, bo trudno je zastąpić. Jednak w przypadku słodyczy czy konkretnych rodzajów mięsa, mamy duży wybór zamienników.
Gdyby taka reforma weszła w życie, prawdopodobnie zaobserwowalibyśmy podział społeczeństwa. Osoby zamożniejsze utrzymałyby swoje nawyki, płacąc po prostu więcej. Osoby o niższych dochodach zostałyby "zmuszone" przez ekonomię do przejścia na dietę bardziej roślinną, opartą na strączkach i sezonowych warzywach.
Czy wiesz, że brukiew (kaszubskie karple) była niegdyś podstawą wyżywienia w Europie Północnej? Podczas I wojny światowej w Niemczech panowała tzw. "zima brukwiowa", ponieważ był to jedyny dostępny produkt spożywczy. To właśnie to historyczne skojarzenie z biedą sprawiło, że brukiew niemal zniknęła z naszych stołów, mimo że jest niezwykle zdrowa i odporna na trudne warunki uprawy.
Taka zmiana stawek VAT mogłaby przynieść długofalowe korzyści zdrowotne (mniej cukru, więcej błonnika), ale w krótkim terminie wywołałaby spore niezadowolenie społeczne wynikające z rosnących kosztów życia. Konsumenci są istotami adaptacyjnymi – szybko nauczylibyśmy się, że hummus z zerowym VAT-em smakuje całkiem nieźle, gdy szynka kosztuje o 10% więcej niż rok wcześniej.
Kluczem do sukcesu takiej reformy byłaby jednak edukacja. Sam spadek ceny soczewicy nie sprawi, że każdy będzie wiedział, jak ją smacznie przyrządzić, by zastąpiła tradycyjny gulasz. Bez wsparcia merytorycznego, zmiana stawek VAT mogłaby zostać odebrana jedynie jako kolejna forma opodatkowania stylu życia.