Gość (37.30.*.*)
Pomysł całkowitej likwidacji podatków dochodowych (PIT i CIT) na rzecz opodatkowania konsumpcji i specyficznych opłat celowych to koncepcja, która co jakiś czas powraca w debatach ekonomicznych. Choć brzmi kusząco – zwłaszcza dla osób marzących o wyższych kwotach „na rękę” – specjaliści podchodzą do niej z dużą dozą ostrożności, wskazując zarówno na ogromne szanse, jak i potężne ryzyka dla stabilności państwa.
Zniesienie podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT) oraz prawnych (CIT) to teoretycznie ogromny impuls pro-rozwojowy. Eksperci zauważają, że brak PIT oznacza natychmiastowy wzrost wynagrodzeń netto, co mogłoby napędzić konsumpcję. Z kolei brak CIT sprawiłby, że Polska stałaby się rajem dla inwestorów, eliminując skomplikowaną optymalizację podatkową i koszty biurokratyczne związane z rozliczaniem zysków.
Jednak ekonomiści od razu stawiają pytanie: jak załatać gigantyczną dziurę budżetową? PIT i CIT to jedne z głównych filarów finansów publicznych. Proponowane zamienniki musiałyby być niezwykle efektywne, by utrzymać usługi publiczne na obecnym poziomie.
Wprowadzenie jednolitej stawki VAT w wysokości 21% to rozwiązanie, które wielu ekonomistów popiera ze względu na transparentność. Obecnie system stawek (5%, 8%, 23%) generuje mnóstwo sporów z urzędami skarbowymi o to, czy dany produkt jest np. ciastkiem (niższy VAT), czy wyrobem cukierniczym (wyższy VAT).
Zalety i wady według specjalistów:
Propozycja zwiększenia składek emerytalno-rentowych o 0,5% oraz wprowadzenie opłat edukacyjnej, policyjnej i wojskowej (po 0,5% każda) jest przez specjalistów interpretowana jako próba „przemycenia” podatku dochodowego pod inną nazwą.
Łącznie te nowe daniny dawałyby 2% obciążenia dochodów (0,5% emerytalna + 1,5% opłaty celowe). Z punktu widzenia psychologii ekonomicznej, nazywanie podatku „opłatą na wojsko” może zwiększać akceptację społeczną dla danin, bo obywatel widzi, na co idą jego pieniądze. Jednak od strony technicznej, wciąż jest to opodatkowanie pracy, tyle że znacznie niższe niż obecne progi podatkowe.
Podniesienie podatku od spadków i darowizn o 25% to ruch w stronę modelu skandynawskiego lub francuskiego, gdzie duży nacisk kładzie się na wyrównywanie szans międzypokoleniowych. Specjaliści wskazują jednak, że w Polsce ten podatek jest obecnie dziurawy (zwolnienia dla najbliższej rodziny), więc jego podniesienie bez uszczelnienia ulg mogłoby być martwym przepisem.
Z kolei obniżenie podatku Belki (od zysków kapitałowych) do 15% jest oceniane pozytywnie przez ekspertów rynkowych. Niższa stawka mogłaby zachęcić Polaków do oszczędzania i inwestowania na giełdzie, co jest kluczowe dla budowania rodzimego kapitału.
Podatek od zysków kapitałowych został wprowadzony w Polsce w 2002 roku przez Marka Belkę, ówczesnego ministra finansów. Początkowo wynosił 20% i obejmował tylko odsetki od depozytów bankowych. Z czasem stawkę obniżono do 19% i rozszerzono na niemal wszystkie inwestycje kapitałowe.
Stawka 0,05% (minimum 0,12 euro) od transferów zagranicznych to rodzaj tzw. podatku Tobina. Jego celem jest ograniczenie spekulacji walutowych i „ucieczki” kapitału za granicę.
Opinie specjalistów są tu podzielone:
Specjaliści podkreślają, że tak radykalna reforma wymagałaby gigantycznej symulacji budżetowej. Likwidacja PIT i CIT przy jednoczesnym wzroście VAT i wprowadzeniu małych opłat celowych mogłaby doprowadzić do sytuacji, w której państwo staje się tańsze w obsłudze, ale mniej opiekuńcze.
Największym wyzwaniem byłaby inflacja wywołana ujednoliceniem VAT-u. Nagły skok cen podstawowych produktów o kilkanaście procent mógłby wywołać niepokoje społeczne, nawet jeśli w portfelach pracowników zostałoby więcej pieniędzy z tytułu braku podatku dochodowego. Eksperci sugerują, że taka zmiana musiałaby być wprowadzana etapami, z silnymi mechanizmami osłonowymi dla najuboższych.