Gość (37.30.*.*)
Świat perfumiarstwa od zawsze balansował na granicy sztuki, chemii i pożądania. Jednak w ostatnich latach branża ta wkroczyła na terytorium, które dla wielu jest co najmniej konsternujące. Mowa o syntetycznych zapachach imitujących naturalną woń ludzkiego ciała, potu, a nawet intymnych wydzielin. Choć dla przeciętnego użytkownika drogerii może to brzmieć jak żart, dla koneserów i niszowych twórców to fascynujący kierunek. Dlaczego jednak te aromaty budzą tak skrajne emocje i jak na ich obecność zapatruje się prawo w Polsce oraz u naszych sąsiadów, w Czechach?
Kontrowersje wokół zapachów imitujących ludzkie wydzieliny wynikają z kilku nakładających się na siebie warstw: psychologicznej, społecznej i marketingowej. Przede wszystkim zapach ciała jest dla nas sygnałem bardzo intymnym i pierwotnym. W toku ewolucji nauczyliśmy się odczytywać z niego stan zdrowia, emocje czy gotowość płciową drugiej osoby. Próba "podrobienia" tych sygnałów w laboratorium jest przez wielu postrzegana jako rodzaj olfaktorycznej manipulacji.
Kolejnym aspektem jest tzw. "estetyka brzydoty". W tradycyjnym ujęciu perfumy mają maskować naturalne zapachy ciała, zastępując je aromatem kwiatów, drewna czy przypraw. Odwrócenie tej roli i płacenie za flakon, który pachnie jak rozgrzana skóra po wysiłku fizycznym, uderza w kulturowe tabu dotyczące higieny. Dla jednych to wyraz artystycznej wolności i powrót do natury, dla innych – przekroczenie granicy dobrego smaku.
Wielka część kontrowersji dotyczy produktów reklamowanych jako "perfumy z feromonami". Producenci często obiecują, że syntetyczne odpowiedniki ludzkich wydzielin sprawią, iż użytkownik stanie się nieodparcie atrakcyjny dla płci przeciwnej. Tutaj pojawia się problem etyczny i naukowy. Nauka nie potwierdziła jednoznacznie istnienia ludzkich feromonów, które działałyby w tak bezpośredni sposób, jak ma to miejsce u owadów czy niektórych ssaków. Sprzedawanie takich produktów jako "eliksirów miłości" jest przez wielu uważane za żerowanie na ludzkiej naiwności i kompleksach.
Krótka odpowiedź brzmi: tak, są legalne, ale pod pewnymi rygorystycznymi warunkami. Zarówno Polska, jak i Czechy są członkami Unii Europejskiej, co oznacza, że rynek kosmetyczny w obu tych krajach podlega tym samym surowym regulacjom (Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1223/2009 dotyczące produktów kosmetycznych).
To, co czujemy jako "zapach potu" czy "woń skóry", w świecie chemii jest kompozycją konkretnych cząsteczek. Aby taki produkt mógł trafić na półki sklepowe w Warszawie czy Pradze, musi spełniać normy bezpieczeństwa:
Choć sam zapach jest legalny, problemem może być sposób jego sprzedaży. W Polsce Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK), a w Czechach Czeska Inspekcja Handlowa (Česká obchodní inspekce – ČOI), monitorują, czy producenci nie wprowadzają klientów w błąd. Jeśli producent perfum twierdzi, że jego produkt ma udowodnione naukowo działanie medyczne lub biologiczne (np. zmienia zachowanie innych ludzi), a nie ma na to twardych dowodów, może narazić się na wysokie kary finansowe za nieuczciwe praktyki rynkowe.
Aby uzyskać efekt zapachu ciała bez używania prawdziwych wydzielin, perfumiarze stosują specyficzne składniki, które w czystej formie pachną odpychająco, ale w rozcieńczeniu dodają kompozycji głębi i "ludzkiego" charakteru:
Wybór perfum imitujących naturalne zapachy ciała to kwestia bardzo indywidualna. W świecie perfum niszowych takie kompozycje są cenione za to, że "żyją" na skórze, zmieniają się i budzą silne emocje. Nie są to zapachy "bezpieczne" do biura, ale dla wielu stanowią fascynujący element autoekspresji.
Podsumowując, choć syntetyczne imitacje ludzkich woni mogą budzić niesmak lub kontrowersje natury moralnej, ich produkcja i sprzedaż w Polsce oraz Czechach są w pełni legalne, o ile proces ten odbywa się w ramach unijnych procedur bezpieczeństwa kosmetycznego. Kontrowersja pozostaje więc głównie w sferze naszych nosów i osobistych granic komfortu.