Gość (5.172.*.*)
Temat rozproszonej kontroli konstytucyjności to jedno z najbardziej gorących zagadnień w polskim świecie prawniczym ostatnich lat. Choć brzmi to jak skomplikowany termin z podręcznika dla studentów prawa, w rzeczywistości dotyka on każdego z nas. Chodzi o sytuację, w której zwykły sędzia w sądzie rejonowym czy okręgowym decyduje, że dany przepis jest niezgodny z Konstytucją lub traktatami międzynarodowymi i po prostu odmawia jego zastosowania w konkretnej sprawie.
W tradycyjnym modelu, który obowiązywał w Polsce przez dekady, jedynym organem uprawnionym do „usuwania” przepisów z obiegu prawnego był Trybunał Konstytucyjny. To tak zwany model skoncentrowany. Sędzia, widząc wadliwy przepis, powinien zawiesić sprawę i zadać pytanie prawne do Trybunału.
Kontrola rozproszona to model zupełnie inny, znany chociażby z USA. Tutaj każdy sędzia jest „strażnikiem Konstytucji”. Jeśli uzna, że ustawa łamie ustawę zasadniczą lub prawo unijne, może wydać wyrok z pominięciem tego przepisu. W Polsce dyskusja o tym modelu przybrała na sile w obliczu kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego, gdy wielu prawników uznało, że skoro centralny organ nie działa prawidłowo, ciężar ochrony praw obywatelskich musi spaść na sądy powszechne.
Głównym powodem sporów jest interpretacja samej Konstytucji. Artykuł 8 stanowi, że Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej i stosuje się ją bezpośrednio. Z drugiej strony, artykuł 188 wskazuje Trybunał Konstytucyjny jako organ orzekający o zgodności ustaw z Konstytucją. Tu pojawia się zgrzyt: czy sędzia może sam ocenić ustawę, czy musi czekać na wyrok TK?
Krytycy rozproszonej kontroli podnoszą kilka kluczowych argumentów:
Dla przeciętnego Kowalskiego rozproszona kontrola konstytucyjności to miecz obosieczny. Z jednej strony może być potężnym narzędziem ochrony jego praw, z drugiej – źródłem frustracji.
Warto wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie: prawie międzynarodowym. Tutaj sytuacja jest nieco jaśniejsza. Zgodnie z polską Konstytucją (art. 91), ratyfikowana umowa międzynarodowa ma pierwszeństwo przed ustawą, jeżeli ustawy nie da się z nią pogodzić. W przypadku prawa Unii Europejskiej sędziowie nie tylko mogą, ale wręcz mają obowiązek pominąć krajowy przepis, jeśli jest on sprzeczny z prawem unijnym. To właśnie ten mechanizm stał się fundamentem dla wielu wyroków dotyczących np. ochrony konsumentów (frankowicze) czy niezależności sądownictwa.
W Stanach Zjednoczonych rozproszona kontrola konstytucyjności nie wynika wprost z zapisu w Konstytucji USA? Została ona „wypracowana” przez sam Sąd Najwyższy w słynnej sprawie Marbury v. Madison w 1803 roku. Sędzia John Marshall uznał wtedy, że obowiązkiem sądu jest stwierdzenie, co jest prawem, a jeśli ustawa stoi w sprzeczności z Konstytucją, to Konstytucja musi wygrać. Od tego czasu ten model stał się fundamentem amerykańskiej demokracji.
Rozproszona kontrola konstytucyjności to skomplikowane narzędzie, które w rękach mądrego sędziego chroni wolność jednostki, ale stosowane w sposób nieprzemyślany, może prowadzić do destabilizacji systemu prawnego. Dla obywatela najważniejsze pozostaje pytanie: czy system, w którym żyje, gwarantuje mu przewidywalność i realną ochronę jego praw, niezależnie od tego, kto zasiada w składzie orzekającym.