Jakie masz pytanie?

lub

Czy lobotomia przezoczodołowa, niewymagająca warunków szpitalnych, to wymysł scenarzystów serialu, czy prawda medyczna?

historia lobotomii przezoczodołowej metoda Waltera Freemana kontrowersyjne zabiegi medyczne
avatar

Gość (37.30.*.*)



Odpowiedź:

Choć brzmi to jak mroczny scenariusz z pogranicza horroru i science fiction, lobotomia przezoczodołowa wykonywana poza sterylnymi warunkami sali operacyjnej jest brutalną prawdą historyczną. To, co dziś oglądamy w serialach takich jak „Ratched” czy filmach pokroju „Wyspa tajemnic”, znajduje swoje bezpośrednie odzwierciedlenie w działalności jednego z najbardziej kontrowersyjnych lekarzy w historii – dr. Waltera Freemana. To on przekształcił skomplikowaną operację neurochirurgiczną w „dziesięciominutowy zabieg biurowy”.

Narodziny lobotomii przezoczodołowej

Wszystko zaczęło się od prac portugalskiego neurologa Egasa Moniza, który w 1935 roku opracował leukotomię – zabieg polegający na przecinaniu połączeń w płatach czołowych mózgu. Moniz wierzył, że w ten sposób można wyleczyć choroby psychiczne, za co zresztą otrzymał Nagrodę Nobla. Jednak klasyczna leukotomia wymagała trepanacji czaszki, obecności neurochirurga i pełnej infrastruktury szpitalnej.

Amerykański neurolog Walter Freeman uznał, że proces ten jest zbyt wolny i kosztowny. Chciał stworzyć metodę, która pozwoliłaby masowo „leczyć” pacjentów w przepełnionych szpitalach psychiatrycznych, gdzie brakowało specjalistycznego sprzętu. Zainspirowany pracami włoskiego lekarza Amarro Fiambertiego, opracował technikę przezoczodołową (transorbital lobotomy).

Jak wyglądał zabieg nazywany „metodą szpikulca do lodu”?

To, co najbardziej szokuje w historii lobotomii przezoczodołowej, to jej techniczna prostota i brutalność. Freeman do swoich pierwszych zabiegów używał dosłownie szpikulca do lodu wyjętego z własnej kuchni. Procedura wyglądała następująco:

  1. Zamiast narkozy, pacjenta wprowadzano w stan nieprzytomności za pomocą serii wstrząsów elektrycznych (elektrowstrząsów).
  2. Lekarz podnosił górną powiekę i przykładał ostrze szpikulca (później zastąpionego specjalistycznym narzędziem zwanym orbitotomem) do cienkiej kości oczodołu.
  3. Uderzeniem młotka przebijano kość, wprowadzając narzędzie bezpośrednio do płata czołowego mózgu.
  4. Lekarz poruszał szpikulcem na boki, fizycznie niszcząc połączenia nerwowe.
  5. Cały proces powtarzano z drugim okiem.

Zabieg trwał zazwyczaj mniej niż 10 minut i nie wymagał zakładania szwów – wystarczył plaster i okulary przeciwsłoneczne, aby ukryć siniaki wokół oczu.

„Lobotomobile” i brak warunków szpitalnych

Odpowiadając bezpośrednio na pytanie: tak, lobotomia przezoczodołowa była promowana jako zabieg, który nie wymaga warunków szpitalnych. Walter Freeman stał się swego rodzaju „ewangelistą” tej metody. Wsiadł do swojego vana, którego złośliwie nazywano „Lobotomobile”, i podróżował po całych Stanach Zjednoczonych.

Odwiedzał nie tylko szpitale psychiatryczne, ale także mniejsze ośrodki, a nawet wykonywał zabiegi w gabinetach lekarskich, które nie miały nic wspólnego z chirurgią. Freeman uważał, że skoro nie otwiera się czaszki, ryzyko infekcji jest minimalne, a sterylność sali operacyjnej zbędna. Często nie używał nawet rękawiczek chirurgicznych, co budziło przerażenie u jego bardziej konserwatywnych kolegów po fachu.

Ciekawostka: Lobotomia jako narzędzie dyscypliny

W szczytowym okresie popularności lobotomii (lata 40. i 50. XX wieku), zabieg ten stosowano nie tylko u osób z ciężką schizofrenią. Freeman operował ludzi z depresją, stanami lękowymi, a nawet „niegrzeczne” dzieci. Jednym z najsłynniejszych przypadków była Rosemary Kennedy, siostra prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Po zabiegu, który miał uspokoić jej rzekome wahania nastrojów, kobieta straciła zdolność mówienia i poruszania się, spędzając resztę życia w ośrodku opiekuńczym.

Dlaczego zaprzestano tych praktyk?

Choć niektórzy pacjenci rzeczywiście stawali się „spokojniejsi” (co w tamtych czasach uznawano za sukces), wielu kończyło z trwałym uszkodzeniem mózgu, w stanie wegetatywnym lub po prostu umierało z powodu krwotoków wewnętrznych.

Koniec ery lobotomii nie nastąpił jednak wyłącznie z powodów etycznych. Kluczowym momentem było wprowadzenie w 1954 roku pierwszego skutecznego leku przeciwpsychotycznego – chloropromazyny (Thorazine). Nagle okazało się, że „chemiczna lobotomia” w formie tabletki jest bezpieczniejsza, odwracalna i znacznie mniej kontrowersyjna niż wbijanie szpikulca do mózgu przez oczodół.

Walter Freeman stracił prawo do wykonywania zabiegów dopiero w 1967 roku, po śmierci jednej ze swoich pacjentek, która zmarła z powodu krwotoku podczas jej trzeciej lobotomii. Do tego czasu osobiście wykonał około 3500 takich operacji, pozostawiając po sobie tysiące zniszczonych życiorysów. Serialowe obrazy lobotomii, choć wydają się przerysowane, są więc smutnym i wiernym odbiciem rzeczywistości sprzed zaledwie kilku dekad.

Podziel się z innymi: