Gość (37.30.*.*)
Język polski jest fascynującym systemem, który ewoluował przez setki lat, upraszczając niektóre formy i komplikując inne. Obecnie w czasie teraźniejszym nie rozróżniamy rodzaju gramatycznego – bez względu na to, czy mówi kobieta, mężczyzna czy dziecko, powiemy po prostu „czytam”, „pijesz” lub „idzie”. Jednak w czasie przeszłym te różnice są wyraźne („czytałem” vs „czytałam”). Gdyby historia potoczyła się inaczej i polszczyzna poszłaby w stronę większej precyzji rodzajowej również w teraźniejszości, nasza codzienna komunikacja wyglądałaby zupełnie inaczej.
W dzisiejszej polszczyźnie odmiana przez osoby (koniugacja) w czasie teraźniejszym opiera się wyłącznie na liczbie (pojedyncza i mnoga) oraz osobie (pierwsza, druga, trzecia). Rodzaj gramatyczny „ujawnia się” dopiero w trzeciej osobie liczby pojedynczej, ale tylko na poziomie zaimka (on pije, ona pije, ono pije), bo sam czasownik pozostaje identyczny.
Gdybyśmy chcieli wprowadzić osobne końcówki dla rodzajów, musielibyśmy zapożyczyć mechanizmy z czasu przeszłego lub stworzyć zupełnie nową ścieżkę ewolucyjną. Prawdopodobnie polegałoby to na dodaniu specyficznych przyrostków lub zmianie samogłosek w końcówkach, aby odróżnić wykonawcę czynności.
Przyjmijmy model, w którym końcówki rodzajowe są inspirowane tymi, które znamy z czasu przeszłego (-m, -a, -o). Oto jak mogłoby to wyglądać w praktyce dla czasownika „robić”:
W takim systemie już po samym brzmieniu czasownika wiedzielibyśmy, kto mówi, nawet jeśli nie użyłby zaimka ani nie byłoby go widać. Zdanie „Idęm do kina” oznaczałoby jednoznacznie mężczyznę, a „Idąm do kina” – kobietę.
Ewolucja języka zazwyczaj dąży do ekonomii wysiłku. Rozróżnianie rodzajów w czasie teraźniejszym byłoby dla użytkowników języka sporym obciążeniem pamięciowym i artykulacyjnym. Większość języków indoeuropejskich pozbyła się nadmiarowych końcówek, zamiast je dodawać.
Warto jednak zauważyć, że istnieją języki, które taką drogę wybrały. Przykładem są języki semickie, jak arabski czy hebrajski, gdzie czasowniki w czasie teraźniejszym mają inne formy dla mężczyzn i kobiet (np. w hebrajskim: ani kotev – ja piszę (mężczyzna), ani kotevet – ja piszę (kobieta)).
Choć w czasie teraźniejszym polszczyzna jest „neutralna płciowo”, to mamy w niej pewien relikt, który pokazuje, że język potrafi być bardzo precyzyjny. Chodzi o czas przyszły złożony. Możemy powiedzieć „będę robić” (forma bezrodzajowa), ale możemy też powiedzieć „będę robił” lub „będę robiła”. W tym drugim przypadku rodzaj wykonawcy jest już jasno określony, mimo że czynność dopiero się wydarzy.
Gdybyśmy przyjęli hipotetyczny model z osobnymi końcówkami w teraźniejszości, polszczyzna stałaby się jednym z najbardziej skomplikowanych języków świata pod względem fleksji. Zamiast obecnych kilkunastu form dla jednego czasownika, mielibyśmy ich kilkadziesiąt, co z pewnością utrudniłoby naukę polskiego obcokrajowcom, a nam samym wydłużyło czas potrzebny na opanowanie poprawnej pisowni w szkole.
Językoznawcy uważają to za skrajnie mało prawdopodobne. Obecne trendy w języku polskim wskazują raczej na dalsze upraszczanie form i dążenie do neutralności. Zamiast tworzyć nowe końcówki rodzajowe dla czasowników, częściej dyskutujemy o tym, jak używać obecnych form w sposób bardziej inkluzywny (np. poprzez dukanie lub formy niebinarne). Ewolucja w stronę trzech osobnych paradygmatów dla czasu teraźniejszego byłaby ruchem pod prąd naturalnego rozwoju mowy.