Gość (83.4.*.*)
Wyobraź sobie, że chcesz naprawić stary samochód z lat 90., ale producent nie tylko przestał produkować do niego części, lecz także zabronił komukolwiek innemu ich wytwarzania, a instrukcję serwisową zamknął w sejfie na kolejne sto lat. Brzmi absurdalnie? W świecie oprogramowania to codzienność. Systemy operacyjne takie jak Windows 95, XP czy wczesne wersje macOS (wtedy jeszcze Mac OS X) są dziś cyfrowymi trupami — nie można ich kupić, nie otrzymują wsparcia, a ich używanie na współczesnym sprzęcie graniczy z cudem. Mimo to, w świetle prawa, ich kod źródłowy jest chroniony niemal tak samo rygorystycznie jak najnowszy hit kinowy. To właśnie ta sytuacja jest nazywana „luką prawną”, która zdaniem krytyków służy nie twórcom, a monopolom.
Głównym problemem jest fakt, że prawo autorskie zostało skrojone pod literaturę i sztukę, a nie pod technologię, która starzeje się w mgnieniu oka. Obecnie ochrona prawnoautorska oprogramowania trwa zazwyczaj od 70 do nawet 120 lat (w przypadku utworów stworzonych na zamówienie korporacji). Dla książki to okres naturalny, ale dla kodu źródłowego to wieczność.
Krytycy wskazują, że brak wygasania praw do „przestarzałych” systemów tworzy lukę, w której oprogramowanie nie jest już towarem rynkowym, ale wciąż nie należy do domeny publicznej. To stan zawieszenia, który uniemożliwia legalny dostęp do kodu źródłowego. Bez niego badacze, historycy techniki czy hobbyści nie mogą w pełni zrozumieć, jak działały fundamenty dzisiejszej informatyki, ani skutecznie ich archiwizować.
Dlaczego Microsoft czy Apple mieliby zazdrośnie strzec kodu systemu sprzed 30 lat? Odpowiedź kryje się w pojęciu „ekosystemu” i praktykach monopolistycznych.
Computer History Museum w Kalifornii od lat stara się o udostępnianie kodów źródłowych historycznych programów. Microsoft wykonał kilka gestów dobrej woli, przekazując kody MS-DOS 1.1 i 2.0 oraz Worda dla Windows 1.1a. To jednak kropla w morzu potrzeb, a każda taka publikacja zależy wyłącznie od humoru korporacji, a nie od jasnych przepisów prawa.
Brak możliwości legalnego dostępu do kodu źródłowego prowadzi do zjawiska zwanego „Digital Dark Age” (Cyfrowa Ciemnia). Historycy alarmują, że jeśli prawo się nie zmieni, stracimy ogromną część dziedzictwa technologicznego XX wieku. Nośniki fizyczne (dyskietki, stare dyski) niszczeją, a bez kodu źródłowego naprawa i uruchomienie starego softu na nowych maszynach staje się formą cyfrowej archeologii uprawianej „pod prąd” prawu.
Obecnie ruchy takie jak „Right to Repair” (Prawo do Naprawy) oraz zwolennicy wolnego oprogramowania postulują wprowadzenie przepisów o tzw. software escrow. Polegałoby to na obowiązku przekazania kodu źródłowego do niezależnego depozytu, który uwalniałby go do domeny publicznej w momencie, gdy producent przestaje wspierać produkt lub wycofuje go ze sprzedaży.
Możesz myśleć: „Po co mi kod Windowsa 95?”. Jednak ta sama luka prawna dotyczy systemów wbudowanych w samochody, lodówki czy urządzenia medyczne. Gdy producent uzna, że Twój 10-letni samochód jest „przestarzały” i wyłączy serwery, brak dostępu do kodu uniemożliwi komukolwiek innemu przywrócenie go do życia. To właśnie w tym miejscu walka o stare systemy operacyjne łączy się z walką o nasze prawo do posiadania rzeczy, za które zapłaciliśmy.