Gość (83.4.*.*)
Zrozumienie, dlaczego organy ścigania nie mogą po prostu „zadzwonić do menedżera sieci Tor” i poprosić o usunięcie nielegalnej strony, wymaga przyjrzenia się fundamentalnym różnicom między tradycyjnym internetem a siecią cebulową. Choć w przypadku domen takich jak .pl czy .com sprawa jest prosta, w świecie .onion zasady gry zmieniają się całkowicie.
W tradycyjnym systemie nazw domen (DNS), każda domena najwyższego poziomu (TLD), taka jak .com, .org czy .pl, ma swojego operatora, czyli rejestr. Przykładowo, za polskie domeny odpowiada NASK. Jeśli policja ma nakaz usunięcia strony, kieruje go do rejestru lub rejestratora, a ten po prostu usuwa wpis z bazy danych. Strona przestaje istnieć w cyfrowym spisie treści, jakim jest DNS.
Z domenami .onion jest inaczej. Sufiks .onion nie posiada centralnego właściciela, zarządcy ani rejestru. W 2015 roku organizacje IETF oraz IANA uznały .onion za domenę specjalnego przeznaczenia, ale nie oznacza to, że ktoś nią „dowodzi”. Sieć Tor (The Onion Router) jest projektem open-source, a jej infrastruktura jest rozproszona na tysiące wolontariuszy na całym świecie. Nie istnieje żadna „centrala”, do której organy ścigania mogłyby wysłać oficjalne pismo z żądaniem blokady konkretnego adresu.
Głównym powodem trudności jest fakt, że domeny .onion nie korzystają ze standardowego systemu DNS. W „zwykłym” internecie, gdy wpisujesz adres strony, Twój komputer pyta serwer DNS o adres IP serwera, na którym ta strona leży. W sieci Tor ten proces jest całkowicie zdecentralizowany i oparty na kryptografii.
Adresy .onion nie są rejestrowane – one są generowane. Każdy użytkownik może uruchomić własną usługę ukrytą (Hidden Service) i wygenerować klucz kryptograficzny, z którego powstaje unikalny ciąg znaków kończący się na .onion. Informacja o tym, że taka strona istnieje, trafia do rozproszonej tablicy mieszającej (DHT) wewnątrz sieci Tor. Ponieważ nie ma jednego serwera przechowującego te dane, nie ma też jednego miejsca, z którego można by je „wymazać”.
Skoro nie można usunąć wpisu w rejestrze, jedynym sposobem na wyłączenie domeny drugiego poziomu (czyli konkretnej nazwy strony) jest fizyczne przejęcie serwera, na którym ta strona jest hostowana. To właśnie tutaj zaczynają się prawdziwe schody dla policji czy FBI:
W 2014 roku miała miejsce jedna z największych akcji przeciwko Darknetowi, znana jako Operacja Onymous. Międzynarodowe służby zdołały przejąć setki domen .onion, w tym popularny Silk Road 2.0. Nie zrobiono tego jednak poprzez kontakt z „właścicielem .onion”, lecz poprzez wykorzystanie luk w zabezpieczeniach serwerów oraz błędów operacyjnych administratorów, co pozwoliło na fizyczne zlokalizowanie i przejęcie maszyn.
W praktyce jedynym sposobem na „usunięcie” domeny .onion przez organy ścigania jest:
Podsumowując, problemem nie jest brak chęci organów ścigania, ale brak „punktu styku”. Sieć Tor została zaprojektowana tak, aby eliminować zaufane strony trzecie. W świecie, gdzie nie ma centralnego urzędu, nie ma też komu wręczyć nakazu usunięcia treści. To sprawia, że walka z nielegalnymi treściami w Darknecie przypomina raczej grę w kotka i myszkę na poziomie technologicznym niż standardową procedurę prawną.