Gość (83.4.*.*)
Współczesny świat przypomina gigantyczną, skomplikowaną maszynerię, w której każda śrubka ma swoje precyzyjne przeznaczenie. Jeszcze kilka wieków temu jedna osoba – często duchowny lub uczony zakonny – mogła aspirować do miana „człowieka renesansu”, ogarniającego umysłem niemal całość ówczesnej wiedzy o świecie. Dziś jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Krytyka legitymacji instytucji religijnych do wypowiadania się na tematy pozareligijne (takie jak medycyna, ekonomia czy prawo) opiera się na fundamencie, który zbudowała rewolucja naukowa i przemysłowa XIX wieku.
Kluczowym momentem w historii ludzkiej wiedzy był XIX wiek. To właśnie wtedy nastąpiła gwałtowna profesjonalizacja nauki. Wcześniej „filozofia przyrody” była szerokim workiem, w którym mieściło się wszystko – od obserwacji gwiazd po rozważania o duszy. Jednak postęp techniczny i odkrycia w dziedzinie biologii, chemii czy fizyki sprawiły, że wiedza zaczęła pączkować w niesamowitym tempie.
Zrozumiano wówczas, że aby zgłębić dany temat, trzeba poświęcić mu całe życie. Tak narodziła się specjalizacja. Krytycy instytucji religijnych wskazują, że religia operuje na dogmatach i prawdach objawionych, które z natury są niezmienne. Tymczasem nauka i dziedziny świeckie opierają się na metodzie naukowej – ciągłym podważaniu, testowaniu i aktualizowaniu danych. W tym kontekście głos instytucji religijnej w debacie np. o inżynierii genetycznej jest postrzegany jako głos kogoś, kto próbuje oceniać nowoczesny silnik odrzutowy, korzystając z instrukcji obsługi wozu drabiniastego.
Współcześnie ilość informacji generowanych przez ludzkość podwaja się w zastraszającym tempie. Bycie ekspertem w jednej, wąskiej dziedzinie (np. w prawie podatkowym czy onkologii) wymaga nieustannego kształcenia. Krytyka instytucji religijnych często uderza w punkt, w którym hierarchowie wypowiadają się autorytatywnie na tematy społeczne czy naukowe, nie posiadając odpowiedniego wykształcenia kierunkowego.
Argument ten opiera się na prostym założeniu: bycie autorytetem moralnym lub duchowym nie przenosi się automatycznie na inne sfery życia. To tak zwany błąd „halo” (efekt aureoli), gdzie przypisujemy komuś kompetencje w jednej dziedzinie tylko dlatego, że jest biegły w innej. Krytycy zauważają, że w świecie zdominowanym przez dane i dowody (evidence-based), argumenty oparte na tradycji czy interpretacji tekstów sakralnych tracą na sile w starciu z twardą nauką.
Warto wspomnieć o koncepcji zaproponowanej przez Stephena Jaya Goulda, znaną jako NOMA (Non-Overlapping Magisteria), czyli niezachodzące na siebie magisteria. Gould sugerował, że nauka i religia zajmują oddzielne obszary: nauka odpowiada na pytanie „jak?”, a religia na pytanie „dlaczego?” (w sensie sensu i wartości). Konflikt pojawia się wtedy, gdy jedna strona próbuje przejąć kompetencje drugiej – np. gdy religia próbuje wyjaśniać procesy biologiczne, a nauka dyktować systemy wartości moralnych.
Kolejnym argumentem za „przestarzałością” szerokiej legitymacji religijnej jest postępująca sekularyzacja sfery publicznej. Współczesne państwa demokratyczne opierają się na pluralizmie. Oznacza to, że prawo i zasady współżycia społecznego muszą być zrozumiałe i akceptowalne dla wszystkich obywateli – wierzących różnych wyznań, agnostyków i ateistów.
Gdy instytucja religijna wypowiada się na tematy pozareligijne, często używa języka specyficznego dla swojej doktryny. Dla krytyków jest to problematyczne, ponieważ:
Krytyka, o której mowa, nie zawsze dąży do całkowitego uciszenia instytucji religijnych. Częściej postuluje ona zmianę ich roli – z pozycji „najwyższego arbitra wiedzy” na pozycję „uczestnika dialogu”. W tym ujęciu głos religijny jest traktowany jako jedna z wielu perspektyw etycznych, a nie jako niepodważalna prawda naukowa czy prawna.
Współczesny świat wymaga pokory wobec ogromu niewiedzy. Specjalizacja wymusiła na nas zaufanie do ekspertów w swoich dziedzinach. Dlatego też, gdy hierarchowie religijni próbują recenzować prace biologów molekularnych czy strategów klimatycznych, spotykają się z oporem. Jest to wynik przekonania, że w XXI wieku legitymacja do nauczania musi być podparta nie tylko autorytetem instytucjonalnym, ale przede wszystkim rzetelną, sprawdzalną wiedzą merytoryczną.