Gość (37.30.*.*)
Stojąc w kościelnej ławie podczas niedzielnej mszy, trudno nie zauważyć młodych ludzi pomagających przy ołtarzu. Ich charakterystyczny strój, czyli biała, krótka szata z szerokimi rękawami, to właśnie komża. Choć dla wielu z nas jest ona nieodłącznym elementem krajobrazu polskiego kościoła, w rzeczywistości temat ten budzi sporo emocji, a nawet sporów wewnątrz samej wspólnoty wiernych. Czy dzisiejsi ministranci nadal ją noszą? Odpowiedź brzmi: tak, ale nie wszędzie i nie zawsze w takiej samej formie.
W większości polskich parafii komża wciąż pozostaje podstawowym strojem ministranta. Zazwyczaj nakłada się ją na rewerendę (rodzaj długiej spódnicy lub sukni pod spodem, często w kolorze czerwonym, czarnym lub fioletowym) albo na pelerynkę. Jest to rozwiązanie tradycyjne, które wizualnie nawiązuje do stroju duchownych.
Warto jednak zauważyć, że coraz częściej w parafiach – zwłaszcza tych nowoczesnych lub związanych z konkretnymi ruchami religijnymi – komże są zastępowane przez alby. Alba to długa, biała szata sięgająca do kostek, przewiązana w pasie sznurem (cingulum). Z punktu widzenia liturgicznego to właśnie alba jest uznawana za podstawowy strój każdego ochrzczonego służącego przy ołtarzu. Dlaczego więc komża wciąż wygrywa w popularności? Głównie ze względu na przyzwyczajenie, łatwość utrzymania w czystości i niższy koszt zakupu.
Mogłoby się wydawać, że kawałek białego materiału nie powinien być powodem do kłótni, a jednak rzeczywistość jest inna. Kontrowersje wokół komży mają kilka podłoży: od teologicznych, przez społeczne, aż po estetyczne.
Główny zarzut liturgistów wobec komży polega na tym, że jest ona historycznie „skróconą albą”. Powstała w średniowieczu jako praktyczniejsze rozwiązanie dla duchownych, którzy musieli nosić futra pod strojem liturgicznym w nieogrzewanych kościołach. Krytycy uważają, że ubieranie dzieci w komże to niepotrzebne „robienie z nich małych księży”. Zwolennicy alby podkreślają, że długa szata lepiej oddaje godność chrztu świętego i jest bardziej biblijna.
To obecnie jeden z najgorętszych tematów. W wielu diecezjach w Polsce (i na świecie) przy ołtarzu mogą służyć dziewczęta. Pojawia się wtedy pytanie: w co mają się ubrać? Komża, tradycyjnie kojarzona z męskim strojem duchownym, budzi opór tradycjonalistów, gdy jest noszona przez dziewczynki. W parafiach, gdzie służą ministrantki, często rezygnuje się z komż na rzecz ujednoliconych alb, aby uniknąć wizualnego rozróżnienia na „chłopięcy” i „dziewczęcy” strój liturgiczny.
Dla samych ministrantów, zwłaszcza tych w wieku dorastania, komża bywa źródłem dyskomfortu z powodów czysto wizerunkowych. Szerokie rękawy i koronki (często spotykane w bardziej ozdobnych wersjach) bywają obiektem drwin ze strony rówieśników, którzy postrzegają ten strój jako mało męski lub przypominający sukienkę. To błahe z pozoru wyzwanie sprawia, że niektóre parafie decydują się na bardzo proste, nowoczesne kroje bez żadnych zdobień.
Choć komża wydaje się prosta, wiąże się z nią kilka interesujących faktów:
Mało prawdopodobne, by komża całkowicie zniknęła z polskiego krajobrazu sakralnego. Jest zbyt mocno zakorzeniona w tradycji. Jednak trend jest wyraźny: coraz więcej wspólnot wybiera alby, które są postrzegane jako strój bardziej uniwersalny i zgodny z duchem reform Soboru Watykańskiego II.
Wybór między komżą a albą często zależy od lokalnej tradycji. W parafiach przywiązanych do dawnych zwyczajów komża z czerwoną rewerendą zawsze będzie symbolem „porządnego” ministranta, podczas gdy w ośrodkach duszpasterstwa akademickiego czy wspólnotach oazowych to alba będzie wyborem numer jeden. Bez względu na krój szaty, najważniejszym elementem pozostaje jednak to, co ten strój reprezentuje – chęć służby i zaangażowanie młodych ludzi w życie ich wspólnoty.