Gość (83.4.*.*)
Żyjemy w czasach, w których „bycie sobą” stało się niemal religią. Zewsząd bombardują nas hasła o autentyczności, szczerości i odwadze w wyrażaniu własnego „ja”. Choć teoretycznie brzmi to jak przepis na wolność i zdrowe społeczeństwo, rzeczywistość bywa znacznie bardziej skomplikowana. Kultura autentyczności, która miała nas wyzwolić z gorsetów konwenansów, paradoksalnie stworzyła nowy rodzaj presji. Dziś nie wystarczy już po prostu mieć poglądy – trzeba je głośno i wyraźnie manifestować, a każde milczenie bywa interpretowane jako opowiedzenie się po „złej” stronie.
Głównym zarzutem wobec współczesnej kultury autentyczności jest jej performatywny charakter. Krytycy zauważają, że autentyczność przestała być wewnętrznym procesem odkrywania siebie, a stała się produktem, który musimy sprzedać otoczeniu. W dobie mediów społecznościowych bycie autentycznym często oznacza starannie wyreżyserowane pokazywanie swoich emocji, słabości czy przekonań politycznych.
Presja na obnoszenie się z poglądami wynika z przekonania, że jeśli czegoś nie komunikujesz publicznie, to znaczy, że tego nie czujesz lub – co gorsza – coś ukrywasz. To prowadzi do sytuacji, w której ludzie czują się zmuszeni do zajmowania stanowiska w sprawach, na których się nie znają lub które ich bezpośrednio nie dotyczą, tylko po to, by uniknąć oskarżeń o brak zaangażowania czy „fałsz”.
W tradycyjnym ujęciu prywatność była sferą, w której mogliśmy pielęgnować swoje myśli bez konieczności poddawania ich publicznej ocenie. Kultura autentyczności tę granicę zaciera. Obecnie panuje przekonanie, że „prawdziwy” człowiek to taki, który jest transparentny.
Krytycy wskazują na zjawisko zwane silence as violence (milczenie to przemoc), które przeniknęło z aktywizmu do codziennego życia. W tym modelu brak publicznej deklaracji w ważnej kwestii społecznej czy politycznej jest traktowany jako ciche przyzwolenie na zło. To rodzi ogromną presję: zamiast autentycznego odruchu serca, otrzymujemy deklaracje składane ze strachu przed wykluczeniem. Autentyczność staje się więc obowiązkiem, a nie wyborem, co całkowicie zaprzecza jej pierwotnej definicji.
Socjolog Erving Goffman już w latach 50. XX wieku pisał o „autoprezentacji” w życiu codziennym. Twierdził, że wszyscy jesteśmy aktorami na scenie, a nasze zachowanie zależy od publiczności. Dzisiejsza kultura autentyczności próbuje nas przekonać, że możemy zburzyć tę scenę i być „zawsze tacy sami”, ale w rzeczywistości po prostu stworzyliśmy nową rolę – rolę „człowieka autentycznego”, która jest równie wymagająca co każda inna.
Kolejnym punktem krytyki jest fakt, że obnoszenie się z poglądami w imię autentyczności często służy budowaniu kapitału moralnego. W psychologii zjawisko to nazywa się czasem virtue signaling (sygnalizowanie cnoty). Publiczne manifestowanie swoich przekonań ma pokazać, że jesteśmy „dobrymi ludźmi”, co w efekcie prowadzi do polaryzacji.
Jeśli autentyczność wymaga ciągłego eksponowania poglądów, to osoby o umiarkowanych przekonaniach lub te, które cenią niuanse, zostają zepchnięte na margines. Kultura ta promuje skrajności, bo to one są postrzegane jako najbardziej „wyraziste” i „prawdziwe”. W efekcie dialog zamienia się w serię monologów, w których każdy stara się udowodnić, że jego autentyczność jest bardziej autentyczna niż u innych.
Presja na głośne deklarowanie poglądów niesie ze sobą jeszcze jedno zagrożenie: utratę elastyczności intelektualnej. Kiedy raz publicznie ogłosimy swoje „autentyczne” stanowisko w jakiejś sprawie, trudniej jest nam z niego zrezygnować w obliczu nowych faktów. Zmiana zdania bywa wtedy postrzegana jako brak kręgosłupa moralnego lub hipokryzja, a nie jako naturalny proces rozwoju.
Krytycy podkreślają, że prawdziwa autentyczność powinna obejmować prawo do wątpliwości, do niewiedzy i do zachowania pewnych przemyśleń tylko dla siebie. Przymus „obnoszenia się” sprawia, że nasze poglądy stają się skostniałe – stają się częścią naszej publicznej marki, której musimy bronić za wszelką cenę, nawet jeśli przestaliśmy w nią wierzyć.
Współczesna filozofia społeczna sugeruje, że warto wrócić do rozróżnienia między szczerością a autentycznością. Szczerość to zgodność z prawdą w relacji z innymi, natomiast autentyczność to wierność samemu sobie. Można być autentycznym, zachowując swoje poglądy w sferze prywatnej. Prawdziwa wolność polega na tym, że to my decydujemy, kiedy i komu chcemy pokazać nasze wnętrze, zamiast robić to pod dyktando społecznych oczekiwań czy algorytmów mediów społecznościowych.