Gość (37.30.*.*)
Kiedy 30 września 1938 roku Neville Chamberlain wysiadł z samolotu na lotnisku Heston, wymachując zapisaną kartką papieru i ogłaszając „pokój dla naszych czasów”, stał się dla wielu symbolem politycznej ślepoty. Obraz starszego pana z parasolem, który wierzy na słowo Adolfowi Hitlerowi, na stałe zapisał się w popkulturze jako definicja naiwności. Jednak patrząc na politykę Wielkiej Brytanii w całym dwudziestoleciu międzywojennym, sprawa okazuje się znacznie bardziej skomplikowana. Czy faktycznie Brytyjczycy dali się ograć jak dzieci, czy może prowadzili brutalną, chłodną grę o przetrwanie imperium?
Aby zrozumieć decyzje brytyjskich polityków, musimy cofnąć się do roku 1918. Wielka Brytania wyszła z I wojny światowej jako zwycięzca, ale była to wygrana o smaku popiołu. Kraj stracił niemal całe pokolenie młodych mężczyzn, a długi zaciągnięte na prowadzenie działań zbrojnych były astronomiczne. W społeczeństwie panowało przekonanie, że kolejna wojna będzie końcem cywilizacji, zwłaszcza w obliczu rozwoju lotnictwa i wizji masowych bombardowań miast.
W latach 20. polityka brytyjska opierała się na tzw. „zasadzie dziesięciu lat” (Ten Year Rule), która zakładała, że w ciągu najbliższej dekady nie wybuchnie żaden wielki konflikt. To doprowadziło do drastycznych cięć w budżecie armii. Kiedy więc w latach 30. dyktatorzy zaczęli podnosić głowy, Londyn po prostu nie miał narzędzi, by odpowiedzieć siłą. Pacyfizm nie był tylko wyborem moralnym, ale koniecznością polityczną – żaden premier nie wygrałby wyborów, obiecując nową wojnę o „odległe kraje, o których nic nie wiemy”.
Słynne słowo appeasement (ułagodzenie) stało się synonimem kapitulacji, ale w tamtym czasie było postrzegane jako racjonalne narzędzie dyplomatyczne. Brytyjscy politycy, w tym Chamberlain, wierzyli, że pretensje Niemiec wynikające z traktatu wersalskiego są częściowo uzasadnione. Uważali, że jeśli zaspokoi się „słuszne” żądania Hitlera (takie jak remilitaryzacja Nadrenii czy przyłączenie Sudetów), dyktator spoważnieje i stanie się przewidywalnym partnerem.
Historycy zwracają uwagę na jeszcze jeden istotny fakt: Wielka Brytania w 1938 roku nie była gotowa do wojny pod względem militarnym. Flota była rozproszona po całym świecie, a obrona przeciwlotnicza wysp brytyjskich praktycznie nie istniała. Z tej perspektywy układ monachijski nie był aktem naiwności, lecz „kupowaniem czasu”. To właśnie ten dodatkowy rok pozwolił na masową produkcję myśliwców Spitfire i Hurricane oraz dopracowanie systemu radarowego, który uratował Anglię podczas bitwy o Brytanię w 1940 roku.
Debata historyczna na temat polityki brytyjskiej przechodziła przez kilka wyraźnych etapów, a ocena Chamberlaina zmieniała się wraz z upływem lat:
Tuż po wojnie dominował pogląd, że Chamberlain i jego otoczenie byli „ludźmi winnymi” (Guilty Men). Historycy tacy jak Lewis Namier czy sam Winston Churchill w swoich pamiętnikach kreowali obraz słabych liderów, którzy przez swoją naiwność doprowadzili do katastrofy. Według nich Hitler był szaleńcem, którego należało powstrzymać siłą już w 1936 roku.
Wraz z otwarciem brytyjskich archiwów państwowych, historycy (np. A.J.P. Taylor czy Donald Cameron Watt) zaczęli patrzeć na sprawę inaczej. Zauważyli, że Chamberlain działał w warunkach ogromnych ograniczeń: gospodarka była w ruinie po Wielkim Kryzysie, dominia (jak Kanada czy Australia) nie chciały słyszeć o wojnie, a wywiad dostarczał sprzecznych informacji. W tym ujęciu appeasement był jedyną logiczną drogą dla mocarstwa w stanie schyłkowym.
Dzisiejsi badacze, jak np. Richard Overy, starają się łączyć oba te nurty. Przyznają, że sytuacja geopolityczna była tragiczna, ale jednocześnie wytykają Chamberlainowi konkretne błędy: nadmierną pewność siebie, ignorowanie opinii ekspertów z Foreign Office oraz niezrozumienie ideologicznej natury nazizmu. Chamberlain nie był naiwnym staruszkiem, ale był politykiem zbyt mocno wierzącym w siłę racjonalnych argumentów w świecie rządzonym przez fanatyków.
Choć publicznie Chamberlain mówił o pokoju, prywatnie bywał znacznie bardziej sceptyczny. W swoich listach do siostry pisał, że Hitler to „najpaskudniejszy pies, jakiego spotkał”, ale jednocześnie uważał, że musi próbować dyplomacji do samego końca, by w razie wojny nikt nie mógł zarzucić Wielkiej Brytanii, że nie zrobiła wszystkiego, by jej zapobiec. To moralne czyste konto było kluczowe dla zjednoczenia narodu brytyjskiego w 1939 roku.
Czy polityka Londynu była naiwna? Jeśli oceniamy ją przez pryzmat efektu końcowego – czyli wybuchu najkrwawszej wojny w historii – to tak, poniosła klęskę. Jednak z punktu widzenia ówczesnych realiów, była to próba ratowania świata przed zagładą w sytuacji, gdy państwo nie miało ani sił, ani społecznego przyzwolenia na walkę. Brytyjczycy nie byli naiwni w sensie dziecięcej wiary w dobro, byli raczej tragicznie uwięzieni między traumą przeszłości a nieprzygotowaniem na przyszłość.
Warto pamiętać, że historia rzadko jest czarno-biała. To, co z perspektywy fotela w XXI wieku wydaje się oczywistym błędem, w 1938 roku dla człowieka odpowiedzialnego za miliony istnień było dramatycznym wyborem mniejszego zła.