Gość (37.30.*.*)
Podpisanie traktatu wersalskiego 28 czerwca 1919 roku miało być końcem „wojny, która położy kres wszystkim wojnom”. Tymczasem dla wielu współczesnych obserwatorów, dyplomatów i wojskowych, dokument ten nie był fundamentem trwałego pokoju, lecz zaledwie odroczeniem wyroku. Choć miliony ludzi na całym świecie świętowały zakończenie rzezi w okopach, w gabinetach politycznych i sztabach generalnych panowało przeczucie, że konstrukcja nowego ładu jest niezwykle krucha. Często cytuje się słowa francuskiego marszałka Ferdynanda Focha, który po przeczytaniu warunków traktatu miał stwierdzić: „To nie jest pokój, to zawieszenie broni na dwadzieścia lat”. Jak się okazało, pomylił się tylko o kilkanaście tygodni.
Marszałek Foch nie był jedynym sceptykiem, ale jego opinia najlepiej oddaje nastroje panujące we Francji. Co ciekawe, Foch nie uważał traktatu za zbyt surowy – wręcz przeciwnie. Twierdził, że jest on zbyt łagodny i nie gwarantuje Francji bezpieczeństwa. Chciał trwałej okupacji Nadrenii i stworzenia państwa buforowego, które oddzielałoby Francję od Niemiec.
Z perspektywy Paryża, Niemcy pozostały państwem o ogromnym potencjale demograficznym i przemysłowym, które po otrząśnięciu się z szoku porażki, naturalnie dążyć będzie do odwetu. Francuzi czuli, że zostali zostawieni sami sobie przez Brytyjczyków i Amerykanów, którzy nie chcieli dopuścić do całkowitej hegemonii Francji na kontynencie. Ten brak jedności wśród zwycięzców był widoczny już w dniu składania podpisów w Sali Lustrzanej.
Jednym z najgłośniejszych krytyków traktatu był brytyjski ekonomista John Maynard Keynes, który brał udział w konferencji pokojowej jako doradca brytyjskiego skarbu. Zrezygnował ze stanowiska w ramach protestu przeciwko warunkom narzuconym Niemcom i napisał głośną książkę „Ekonomiczne konsekwencje pokoju”.
Keynes argumentował, że zmuszenie Niemiec do wypłaty astronomicznych reparacji przy jednoczesnym odebraniu im surowców (np. kopalń węgla w Zagłębiu Saary i na Górnym Śląsku) doprowadzi do ruiny gospodarczej nie tylko Berlina, ale i całej Europy. Przewidywał, że nędza i hiperinflacja staną się pożywką dla radykalizmów. Według niego traktat był „pokojem kartagińskim” – próbą zniszczenia przeciwnika, która w nowoczesnym, powiązanym gospodarczo świecie musiała odbić się rykoszetem na zwycięzcach.
W samych Niemczech traktat został odebrany jako „Diktat” – narzucony siłą dokument, przy którego tworzeniu nie pozwolono im uczestniczyć. Szczególną nienawiść budził artykuł 231, czyli tak zwana klauzula o winie wojennej. Zmuszała ona Niemcy do przyjęcia pełnej odpowiedzialności moralnej i finansowej za wybuch konfliktu.
Dla narodu, któremu przez lata wmawiano, że prowadzi wojnę obronną, był to szok. Poczucie niesprawiedliwości stało się fundamentem legendy o „ciosie w plecy” (Dolchstoßlegende), głoszącej, że armia niemiecka nie została pokonana na froncie, lecz zdradzona przez polityków, socjalistów i Żydów w kraju. To właśnie na tym gruncie, już w 1919 roku, zaczęły kiełkować ruchy skrajnie prawicowe, z których wyrósł narodowy socjalizm.
Wybór Sali Lustrzanej w Wersalu na miejsce podpisania traktatu nie był przypadkowy. To właśnie tam w 1871 roku, po upokorzeniu Francji w wojnie francusko-pruskiej, ogłoszono powstanie Cesarstwa Niemieckiego. Francuzi chcieli domknąć klamrę historii i upokorzyć Niemców dokładnie w tym samym miejscu, w którym sami doznali największej zniewagi.
Wizjonerski projekt prezydenta USA Woodrowa Wilsona – Liga Narodów – miał być gwarantem, że wszelkie przyszłe spory zostaną rozwiązane na drodze dyplomatycznej. Jednak już w momencie startu organizacja ta była „bezzębnym tygrysem”.
Traktat wersalski i towarzyszące mu układy całkowicie przerysowały mapę Europy Środkowo-Wschodniej. Powstanie nowych państw, takich jak Polska, Czechosłowacja czy kraje bałtyckie, było realizacją prawa narodów do samostanowienia, ale jednocześnie stworzyło dziesiątki punktów zapalnych.
Granice wytyczano w sposób, który niemal w każdym przypadku pozostawiał liczne mniejszości narodowe po „złej” stronie granicy. Spory o Gdańsk, korytarz pomorski, Sudety czy Wilno sprawiły, że region ten stał się beczką prochu. Wielu dyplomatów już w 1919 roku zdawało sobie sprawę, że Niemcy i ZSRR (wówczas jeszcze pogrążone w wojnie domowej) prędzej czy później upomną się o terytoria, które straciły na rzecz nowo powstałych państw.
Historycy do dziś spierają się, czy to sam traktat był zły, czy raczej zabrakło woli jego egzekwowania w latach 30. XX wieku. Niemniej jednak, czytając pamiętniki i analizy z 1919 roku, trudno nie odnieść wrażenia, że atmosfera „tymczasowości” była powszechna.
Z jednej strony mieliśmy do czynienia z ogromnym zmęczeniem wojną i pacyfizmem społeczeństw zachodnich, a z drugiej – z głęboką frustracją narodów, które uznały postanowienia wersalskie za krzywdzące. Ten dualizm sprawił, że porządek wersalski zaczął pękać niemal natychmiast po jego ustanowieniu, a świat, zamiast uczyć się na błędach, zaczął powoli odliczać czas do kolejnego, jeszcze straszniejszego konfliktu.