Gość (37.30.*.*)
Pomysł gruntownej reformy opodatkowania energii i transportu to temat, który z miejsca wywołałby gorącą dyskusję wśród ekonomistów, ekologów i ekspertów od logistyki. Propozycja zniesienia akcyzy na prąd i benzynę przy jednoczesnym wprowadzeniu celowych opłat na transport publiczny i kolej to klasyczny przykład próby "sterowania" zachowaniami obywateli za pomocą narzędzi fiskalnych. Z jednej strony mamy obietnicę tańszego tankowania, z drugiej – potencjalnie wyższe koszty życia w innych obszarach. Jak taki scenariusz oceniliby specjaliści?
Dla przeciętnego kierowcy zniesienie akcyzy na benzynę brzmi jak spełnienie marzeń. Akcyza, obok podatku VAT i opłaty paliwowej, stanowi znaczną część ceny litra paliwa. Ekonomiści zauważają, że nagły spadek cen benzyny i LPG o kilkadziesiąt groszy (nawet po doliczeniu nowej opłaty 2,1% oraz 0,5% na kolej) byłby potężnym impulsem antyinflacyjnym. Niższe koszty transportu oznaczają tańsze produkty na półkach sklepowych.
Jednak eksperci od finansów publicznych natychmiast wskazaliby na gigantyczną dziurę budżetową. Akcyza z paliw to jeden z filarów dochodów państwa. Pytanie, które zadaliby ekonomiści, brzmi: czym zastąpić te miliardy złotych, których zabraknie na wojsko, służbę zdrowia czy edukację? Proponowane opłaty celowe (łącznie 2,6% od paliw) są znacznie niższe niż obecna akcyza, co oznacza, że wpływy do budżetu centralnego drastycznie by spadły, mimo że transport zbiorowy zyskałby dedykowane źródło finansowania.
Najbardziej kontrowersyjnym elementem tej propozycji, zdaniem analityków rynku energii, byłaby nowa opłata na prąd. Przyjrzyjmy się liczbom. Obecnie akcyza na prąd dla gospodarstw domowych jest symboliczna lub zerowa w ramach tarcz osłonowych. Propozycja wprowadzenia opłaty w wysokości 0,05 €/kWh (czyli około 22 groszy za kilowatogodzinę) to ogromny wzrost kosztów.
Dla przeciętnego gospodarstwa domowego, które zużywa 2000 kWh rocznie, sama ta opłata oznaczałaby dodatkowy wydatek rzędu 440 zł rocznie plus ułamkowe wartości od GWh i procentów. Ekonomiści określiliby to mianem podatku regresywnego – najbardziej uderzyłby on w najuboższych, dla których rachunki za prąd stanowią dużą część domowego budżetu. Specjaliści od transformacji energetycznej dodaliby, że tak wysoka opłata na prąd mogłaby zniechęcić ludzi do inwestowania w pompy ciepła czy samochody elektryczne, co stoi w sprzeczności z celami klimatycznymi UE.
Wprowadzenie stawki 0% VAT na bilety kolejowe to postulat, który wielu ekonomistów i ekologów popiera od lat. Obecnie w Polsce bilety kolejowe są opodatkowane 8-procentową stawką VAT. Obniżka do zera sprawiłaby, że podróże pociągami stałyby się realną konkurencją dla samochodów osobowych, zwłaszcza na trasach między miastami.
Ciekawym ruchem jest propozycja 10% opłaty od biletów lotniczych. Eksperci od transportu widzą w tym próbę wyrównania szans. Lotnictwo korzysta z licznych ulg (np. brak akcyzy na paliwo lotnicze w lotach międzynarodowych), co czyni je nienaturalnie tanim w stosunku do kolei. Dodatkowe 10% mogłoby skłonić pasażerów do wybierania pociągów na trasach krajowych i krótkich trasach europejskich. Z kolei opłata 0,25% od przesyłek kurierskich jest na tyle niska, że branża e-commerce prawdopodobnie przyjęłaby ją bez większego oporu, choć specjaliści od logistyki zauważyliby, że to kolejny "mikropodatek" komplikujący system rozliczeń.
Dla włodarzy miast i regionów, stały wpływ z opłaty 2,1% od paliw oraz skomplikowanej daniny od prądu byłby "zastrzykiem gotówki", o jakim marzą. Obecnie transport publiczny jest w dużej mierze dotowany z budżetów samorządów. Stabilne, ustawowo zagwarantowane źródło finansowania pozwoliłoby na:
Specjaliści ostrzegają jednak przed ryzykiem nieefektywności. Jeśli pieniądze będą płynąć "z automatu", motywacja do optymalizacji kosztów w spółkach komunikacyjnych może spaść.
Akcyza jest tzw. podatkiem pośrednim, który jest stosunkowo łatwy do ściągnięcia i trudny do uniknięcia. W przeciwieństwie do podatku dochodowego, który płacimy od tego, co zarobimy, akcyzę płacimy od tego, co konsumujemy. Dla budżetu państwa jest to "bezpiecznik" – nawet jeśli gospodarka zwalnia, ludzie nadal muszą jeździć do pracy i ogrzewać domy, co zapewnia stały dopływ gotówki do skarbu państwa.
Gdyby taki projekt trafił na biurka ekonomistów, ich opinia byłaby prawdopodobnie mieszana. Z jednej strony doceniliby próbę wsparcia transportu niskoemisyjnego i kolei. Z drugiej – surowo oceniliby drastyczny wzrost kosztów energii elektrycznej, który mógłby wywołać szok cenowy w przemyśle i gospodarstwach domowych.
Reforma ta doprowadziłaby do ogromnego przetasowania w portfelach Polaków:
Wprowadzenie tak złożonego systemu wymagałoby precyzyjnych wyliczeń, aby upewnić się, że suma nowych opłat nie zdusi wzrostu gospodarczego bardziej, niż pomoże mu zniesienie akcyzy na paliwo.