Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że wybierasz się na spacer do lasu, który odwiedzałeś jako dziecko. Pamiętasz go jako gęstą gęstwinę pełną śpiewu ptaków i owadów. Dzisiaj drzew jest jakby mniej, a w powietrzu panuje dziwna cisza. Jednak dla Twojego dziecka, które idzie obok Ciebie, ten las jest „normalny”. Ono nie zna wersji sprzed trzydziestu lat, więc dla niego obecny stan jest punktem wyjścia, czyli linią bazową. Właśnie na tym polega syndrom przesuniętej linii bazowej (ang. Shifting Baseline Syndrome). To fascynujące, a zarazem niebezpieczne zjawisko psychologiczne i ekologiczne, które sprawia, że jako ludzkość akceptujemy postępującą degradację planety, po prostu jej nie zauważając.
Termin ten został wprowadzony w 1995 roku przez Daniela Pauly’ego, wybitnego biologa morskiego. Zauważył on, że badacze rybołówstwa często oceniają stan populacji ryb w odniesieniu do momentu, w którym sami zaczęli swoją karierę. Jeśli naukowiec zaczął pracę w latach 90., za „normę” uznawał liczebność stad z tamtego okresu. Nie brał pod uwagę, że w latach 50. tych ryb było dziesięciokrotnie więcej.
W efekcie każda kolejna generacja naukowców (i społeczeństwa) przyjmuje coraz uboższy stan środowiska za naturalny punkt odniesienia. To, co dla naszych dziadków było katastrofą ekologiczną, dla nas jest codziennością, a dla naszych dzieci będzie „dziką naturą”.
Z punktu widzenia nauki, syndrom przesuniętej linii bazowej opiera się na dwóch głównych filarach: psychologii poznawczej oraz braku ciągłości danych historycznych.
Psycholodzy wskazują, że nasze postrzeganie świata jest ograniczone przez czas trwania naszego życia. Wyróżniamy dwa rodzaje tego zjawiska:
W ujęciu nauk ścisłych problemem jest brak twardych danych z przeszłości. Systematyczne pomiary wielu wskaźników ekologicznych zaczęły się stosunkowo niedawno. Bez precyzyjnych liczb z XVIII czy XIX wieku, współcześni biolodzy mają trudności z określeniem, jak naprawdę wyglądał w pełni zdrowy ekosystem. To sprawia, że cele renowacyjne (np. zarybianie mórz czy sadzenie lasów) są często zbyt mało ambitne, bo dążymy do przywrócenia stanu sprzed 20 lat, a nie stanu faktycznej równowagi.
Syndrom przesuniętej linii bazowej działa jak „znieczulenie” na zmiany klimatyczne i wymieranie gatunków. Skoro nie widzimy gwałtownego spadku, a jedynie powolną erozję, nie odczuwamy instynktownego lęku, który zmusiłby nas do działania.
Naukowcy starają się walczyć z tym syndromem, sięgając po tzw. ekologię historyczną. Zamiast polegać tylko na współczesnych pomiarach, analizują:
Dzięki temu możliwe jest odtworzenie obrazu „prawdziwej” natury i uświadomienie sobie, jak wiele straciliśmy.
Jednym z najbardziej obrazowych dowodów na ten syndrom jest badanie zdjęć wędkarzy z Florydy z ostatnich 60 lat. Na fotografiach z lat 50. widać ludzi z ogromnymi rybami, które ledwo mieszczą się na łodziach. Na zdjęciach z lat 80. ryby są znacznie mniejsze, a na współczesnych fotkach turyści dumnie prezentują okazy, które ich dziadkowie uznaliby za nienadające się nawet na przynętę. Co najciekawsze – uśmiechy na twarzach wędkarzy są tak samo szerokie. Ich satysfakcja jest taka sama, bo ich linia bazowa została przesunięta.
Zrozumienie syndromu przesuniętej linii bazowej to pierwszy krok do tego, by zacząć wymagać więcej od działań na rzecz ochrony środowiska. To przypomnienie, że „normalność”, którą znamy, jest tylko cieniem tego, co oferowała natura jeszcze kilka pokoleń temu.