Gość (37.30.*.*)
Skopolamina, owiana mroczną sławą jako „oddech diabła”, to substancja, która potrafi budzić grozę. Kojarzy się z opowieściami o utracie wolnej woli i niebezpiecznymi rytuałami. Z drugiej strony mamy naszą codzienną dietę: frytki, sałatkę z pomidorów czy grillowanego bakłażana. Wszystkie te rośliny należą do tej samej rodziny – psiankowatych (Solanaceae). Choć może się to wydawać paradoksalne, biologia i ewolucja przygotowały tutaj bardzo precyzyjny mechanizm, dzięki któremu obiad nie kończy się wizytą na toksykologii.
Rodzina psiankowatych jest niezwykle liczna i zróżnicowana. Obejmuje ponad 2500 gatunków, wśród których znajdziemy zarówno rośliny jadalne, jak i te śmiertelnie trujące, takie jak bieluń dziędzierzawa (Datura stramonium) czy lulek czarny. Kluczem do zrozumienia różnicy między nimi jest fakt, że ewolucja wyposażyła poszczególne gatunki w różne rodzaje alkaloidów.
Skopolamina należy do grupy alkaloidów tropanowych. Występuje ona głównie w roślinach takich jak bieluń, lulek czy pokrzyk wilcza jagoda. Nasze ulubione warzywa, choć są „kuzynami” tych trujących roślin, po prostu nie produkują skopolaminy. Zamiast niej, w ziemniakach czy pomidorach znajdziemy inne związki – glikoalkaloidy.
W ziemniakach występuje głównie solanina i chakonina, a w pomidorach tomatyna. To zupełnie inne substancje chemiczne niż skopolamina. Choć w bardzo dużych dawkach glikoalkaloidy również mogą być szkodliwe, ich działanie i stężenie w jadalnych częściach roślin są nieporównywalnie mniejsze.
Dlaczego zatem rośliny w ogóle produkują te związki? To ich naturalny system obronny. Alkaloidy mają za zadanie odstraszać owady, grzyby i roślinożerców. Roślina „nie chce” zostać zjedzona, zanim jej nasiona nie dojrzeją. Dlatego najwyższe stężenie substancji ochronnych znajduje się zazwyczaj w liściach, łodygach i niedojrzałych owocach.
Istnieje kilka kluczowych powodów, dla których pomidory czy bakłażany nie robią nam krzywdy:
Przez tysiące lat ludzie wybierali do uprawy te egzemplarze roślin, które były najsmaczniejsze i nie powodowały dolegliwości. Współczesne odmiany ziemniaków czy pomidorów mają znacznie niższe stężenie alkaloidów niż ich dzicy przodkowie. To, co kładziemy na talerz, to efekt długotrwałej „selekcji bezpieczeństwa”.
W przypadku ziemniaków, najwięcej solaniny znajduje się w pędach, liściach i kwiatach, których nie jemy. Sama bulwa zawiera jej śladowe ilości, chyba że zacznie kiełkować lub zzielenieje pod wpływem światła. Wtedy poziom solaniny gwałtownie rośnie, co jest sygnałem ostrzegawczym: „nie jedz mnie!”.
W pomidorach poziom tomatyny drastycznie spada w miarę dojrzewania owocu. Czerwony, dojrzały pomidor jest praktycznie pozbawiony szkodliwych ilości alkaloidów, podczas gdy zielone pomidory (te niedojrzałe, a nie odmiany o zielonym kolorze) mogą u niektórych osób wywoływać lekkie problemy żołądkowe.
Choć glikoalkaloidy są dość odporne na temperaturę, procesy takie jak gotowanie, smażenie czy pieczenie pomagają w pewnym stopniu zneutralizować ryzyko, a przede wszystkim sprawiają, że spożywamy te produkty w bezpiecznych, kontrolowanych ilościach.
Czy wiesz, że kiedy pomidory po raz pierwszy trafiły do Europy z Ameryki Południowej, traktowano je wyłącznie jako rośliny ozdobne? Ludzie bali się ich jeść właśnie ze względu na podobieństwo do trującej wilczej jagody. Przez długi czas krążyły mity o ich toksyczności, a nieufność była tak duża, że nazywano je „trującymi jabłkami”. Dopiero po wielu latach odwaga smakoszy (i głód) sprawiły, że pomidory stały się podstawą kuchni europejskiej.
Mimo że warzywa psiankowate są bezpieczne, warto pamiętać o kilku zasadach, aby uniknąć niepotrzebnego narażenia na glikoalkaloidy:
Podsumowując, skopolamina i nasze codzienne warzywa to zupełnie inna liga chemiczna. Choć botanicznie są ze sobą spokrewnione, to dzięki ewolucji i pracy rolników możemy cieszyć się smakiem pomidorów bez obaw o mroczne skutki uboczne „oddechu diabła”.