Gość (37.30.*.*)
Wizja świata, w którym Unia Europejska wprowadza tak radykalne restrykcje, przypomina scenariusz filmu postapokaliptycznego lub ekstremalnej utopii. Choć cele takich działań – czyli błyskawiczne zatrzymanie emisji gazów cieplarnianych i regeneracja biosfery – są z punktu widzenia ekologii zrozumiałe, to ich praktyczna realizacja w tak krótkim czasie wywołałaby wstrząs, jakiego nowożytna gospodarka jeszcze nie widziała. Przyjrzyjmy się punkt po punkcie, jaki sens miałyby takie zmiany i z czym musielibyśmy się zmierzyć.
Całkowity i natychmiastowy zakaz korzystania z gazu, ropy i węgla to najbardziej radykalny krok, jaki można sobie wyobrazić. Obecnie systemy energetyczne większości krajów UE, mimo dynamicznego rozwoju OZE (odnawialnych źródeł energii), wciąż opierają się na paliwach kopalnych jako "stabilizatorach".
Z punktu widzenia ekologicznego sens jest jasny: emisja CO2 z sektora energetycznego spada niemal do zera. Jednak z punktu widzenia technicznego, bez ogromnych magazynów energii i rozwiniętej sieci elektrowni jądrowych, Europa stanęłaby w obliczu permanentnego braku prądu. Przemysł ciężki, produkcja stali czy cementu przestałyby istnieć w obecnej formie z dnia na dzień. Sens takich działań objawiłby się w radykalnym oczyszczeniu powietrza, ale kosztem całkowitego paraliżu cywilizacyjnego.
Zakaz lotów wewnątrzunijnych oraz samochodów spalinowych, połączony z ogromnym podatkiem transportowym (0,26 euro za kilometr powyżej 12 km), oznaczałby koniec globalizacji w wydaniu lokalnym.
Zakaz hodowli krów uderza w dwa aspekty: emisję metanu (krowy są jego potężnym źródłem) oraz tradycyjne rolnictwo. Zastąpienie produktów mlecznych i wołowiny dietą roślinną lub mięsem komórkowym miałoby ogromny sens dla klimatu, ponieważ produkcja zwierzęca zużywa nieproporcjonalnie dużo wody i ziemi w stosunku do dostarczanych kalorii.
Z kolei obowiązek zalesienia 12,5% terytorium każdego państwa wydaje się... najmniej radykalnym z tych postulatów. Wiele krajów UE już teraz posiada znacznie większą lesistość (np. Polska ma około 30%, a kraje skandynawskie ponad 60%). Jednak dla państw takich jak Malta czy Holandia, gdzie każdy metr ziemi jest na wagę złota, byłoby to ogromne wyzwanie planistyczne, wymagające wyburzania infrastruktury lub likwidacji pól uprawnych.
Wprowadzenie stałych podatków w wysokości 0,25 euro za 1 kWh prądu oraz 1 m³ wody i ścieków drastycznie zmieniłoby domowe budżety.
Jeśli oceniamy te działania pod kątem ratowania biosfery za wszelką cenę, to tak – takie kroki w ciągu dekady mogłyby uczynić z Europy pierwszy na świecie kontynent o ujemnej emisji dwutlenku węgla, z odrodzoną przyrodą i czystymi rzekami. Europa stałaby się wielkim rezerwatem przyrody z bardzo oszczędnym społeczeństwem.
Jednak z punktu widzenia społeczno-ekonomicznego, sens tych działań jest wątpliwy bez okresów przejściowych. Tak nagła zmiana doprowadziłaby do:
Ciekawostka: Czy wiesz, że według danych Europejskiej Agencji Środowiska, transport odpowiada za około 25% całkowitej emisji gazów cieplarnianych w UE, z czego transport drogowy to aż 71% tej puli? Radykalne ograniczenie ruchu samochodowego i lotniczego faktycznie "wycięłoby" ogromną część problemu, ale wymagałoby całkowitej zmiany stylu życia, do której większość społeczeństw nie jest obecnie gotowa.
Podsumowując, taki scenariusz to "terapia szokowa" dla planety. Z punktu widzenia czystej ekologii – to ratunek. Z punktu widzenia człowieka żyjącego w XXI wieku – to powrót do standardów życia sprzed rewolucji przemysłowej, ale z dostępem do internetu (o ile starczy prądu).