Gość (37.30.*.*)
Pytanie o to, czy uznanie antropogenicznej zmiany klimatu za fakt naukowy nie kłóci się z samą naturą nauki, dotyka fundamentów tego, jak rozumiemy postęp wiedzy. Nauka z założenia opiera się na wątpieniu, stawianiu hipotez i ich ciągłym weryfikowaniu. Wydawać by się mogło, że stwierdzenie „to jest bezdyskusyjne” zamyka drogę do dalszych badań, co jest sprzeczne z duchem sceptycyzmu naukowego. Aby jednak zrozumieć, dlaczego w świecie nauki panuje tak silny konsensus w tej sprawie, musimy przyjrzeć się różnicy między dogmatem a solidnie udowodnioną teorią.
W nauce termin „fakt” bywa używany potocznie, ale badacze wolą mówić o teoriach, które mają ogromne wsparcie dowodowe. Metoda naukowa, sformułowana m.in. przez Karla Poppera, opiera się na zasadzie falsyfikowalności. Oznacza to, że każda teoria musi być sformułowana tak, aby można było ją obalić za pomocą nowych dowodów.
Traktowanie zmiany klimatu spowodowanej przez człowieka jako zjawiska rzeczywistego nie jest zaprzeczeniem zasad nauki, o ile opiera się na dotychczasowych, spójnych wynikach tysięcy niezależnych badań. Nauka nie polega na wiecznym debatowaniu o rzeczach, które zostały już wielokrotnie potwierdzone, lecz na budowaniu nowej wiedzy na fundamentach tej już sprawdzonej. Podobnie nie debatujemy dziś nad tym, czy Ziemia jest geoidą, czy czy grawitacja istnieje – choć teoretycznie każda z tych koncepcji mogłaby zostać podważona, gdyby pojawiły się rewolucyjne, powtarzalne dowody.
Często słyszymy, że „97% (lub więcej) naukowców zgadza się co do wpływu człowieka na klimat”. Może to budzić podejrzenia, że nauka stała się formą demokracji, gdzie o prawdzie decyduje większość. W rzeczywistości konsensus naukowy nie jest wynikiem głosowania, lecz wynikiem zbieżności dowodów z wielu różnych dziedzin: fizyki atmosfery, oceanografii, paleoklimatologii czy chemii.
Kiedy dane z rdzeni lodowych, pomiary satelitarne, analizy izotopowe węgla w atmosferze i modele komputerowe wskazują na ten sam mechanizm (wzrost stężenia gazów cieplarnianych emitowanych przez człowieka), nauka uznaje taką teorię za niezwykle silną. Uznanie jej za „bezdyskusyjną” w debacie publicznej jest raczej skrótem myślowym oznaczającym: „mamy tak wiele dowodów, że prawdopodobieństwo pomyłki jest bliskie zeru”.
Zarzut o celowe uciszanie sceptyków jest jednym z najcięższych, jakie można postawić środowisku naukowemu. W idealnym świecie nauki każda rzetelna praca, która podważałaby obecny paradygmat, byłaby sensacją na miarę Nagrody Nobla. Dlaczego więc rzadko widzimy takie publikacje w prestiżowych czasopismach?
Warto odróżnić zdrowy sceptycyzm naukowy od negacjonizmu. Sceptyk pyta: „Czy na pewno uwzględniliśmy wpływ aktywności Słońca?”. Nauka odpowiada: „Tak, oto dane pokazujące, że aktywność Słońca w ostatnich dekadach spadała, podczas gdy temperatura rosła”. Negacjonista natomiast ignoruje te dane i powtarza to samo pytanie, nie przyjmując odpowiedzi opartej na dowodach.
W nauce debata o tym, czy klimat się zmienia i czy człowiek ma na to wpływ, jest w dużej mierze zakończona ze względu na przytłaczającą ilość danych. Jednak debata o tym, jak szybko zajdą zmiany, jakie będą ich dokładne skutki regionalne i które metody mitygacji będą najskuteczniejsze, trwa w najlepsze i jest niezwykle gorąca.
Wbrew pozorom, teoria o wpływie CO2 na temperaturę nie jest nowym pomysłem. Już w 1856 roku Eunice Newton Foote przeprowadziła eksperymenty wykazujące, że powietrze z większą zawartością dwutlenku węgla nagrzewa się szybciej pod wpływem promieni słonecznych. Z kolei Svante Arrhenius w 1896 roku obliczył, że podwojenie stężenia CO2 w atmosferze doprowadzi do znacznego wzrostu temperatury na Ziemi. To pokazuje, że fundamenty dzisiejszej wiedzy kładziono na długo przed tym, jak temat stał się polityczny.
Traktowanie antropogenicznej zmiany klimatu jako faktu nie jest zaprzeczeniem nauki, lecz uznaniem jej dotychczasowego dorobku. Nauka nie jest więzieniem myśli, ale drabiną – aby wejść wyżej, musimy ufać, że szczeble pod nami są stabilne. Jeśli ktoś przedstawi dowody, które w sposób spójny i rzetelny obalą obecną teorię, nauka będzie musiała się do nich dostosować. Do tej pory jednak każda próba podważenia antropogenicznego charakteru zmian klimatu kończyła się wykazaniem błędów w argumentacji sceptyków.
Podejrzenia o celowe ograniczanie debaty wynikają często z zatarcia granicy między rygorystyczną dyskusją naukową a chaotyczną debatą publiczną, w której emocje i interesy polityczne często biorą górę nad suchymi danymi.