Gość (37.30.*.*)
Dyskusje na temat zasadności wybuchu Powstania Warszawskiego od dekad rozgrzewają historyków i opinię publiczną. Jednym z najciekawszych, a zarazem najbardziej kontrowersyjnych wątków w tej debacie jest teza, że klęska zrywu paradoksalnie „oszczędziła” Polsce jeszcze krwawszej rozprawy z podziemiem niepodległościowym po 1945 roku. Choć brzmi to brutalnie, wielu badaczy wskazuje, że gigantyczne straty ludzkie poniesione w sierpniu i wrześniu 1944 roku realnie wpłynęły na to, jak wyglądał opór przeciwko narzuconej władzy komunistycznej.
Nie da się ukryć, że Powstanie Warszawskie było biologiczną katastrofą dla polskiej inteligencji i elity wojskowej. W ciągu 63 dni walk zginęło od 150 do 200 tysięcy osób, w tym tysiące młodych, doskonale przeszkolonych żołnierzy Armii Krajowej. Gdyby te osoby przeżyły, potencjał kadrowy powojennego podziemia antykomunistycznego byłby nieporównywalnie większy.
Historycy tacy jak prof. Paweł Wieczorkiewicz czy niekiedy Piotr Zychowicz sugerowali, że bez powstania, struktury AK weszłyby w okres okupacji sowieckiej w znacznie lepszej kondycji. To z kolei oznaczałoby, że szeregi „żołnierzy wyklętych” mogłyby liczyć nie dziesiątki, a setki tysięcy ludzi. Większa liczba konspiratorów to jednak miecz obosieczny – z jednej strony silniejszy opór, z drugiej – znacznie szerszy cel dla aparatu bezpieczeństwa (UB i NKWD).
Stwierdzenie, że terror objąłby więcej osób, jest logicznym następstwem założenia o większej liczbie ocalałych konspiratorów. Stalinowski system represji opierał się na eliminacji „elementów niepewnych”. Gdyby w 1945 roku w Polsce istniała nienaruszona, kilkusettysięczna armia podziemna z silnym zapleczem w stolicy, sowieckie służby prawdopodobnie przeprowadziłyby czystki na jeszcze większą skalę.
Warto zwrócić uwagę na kilka aspektów:
Aby zrozumieć, co mogło stać się z warszawskimi akowcami, wystarczy spojrzeć na Wilno czy Lwów. Tam powstania (w ramach akcji „Burza”) miały mniejszą skalę lub kończyły się szybkim rozbrojeniem przez Armię Czerwoną. Efekt? Masowe aresztowania dowództwa, wywózki do łagrów i przymusowe wcielania do armii Berlinga.
Nie ma podstaw, by sądzić, że w Warszawie Stalin postąpiłby inaczej. Wręcz przeciwnie – stolica jako centrum polityczne była dla niego kluczowa. Brak powstania oznaczałby, że NKWD „przejęłoby” tysiące konspiratorów w sposób bardziej uporządkowany, wyłapując ich punktowo na podstawie przygotowanych wcześniej list proskrypcyjnych.
Mało kto pamięta, że jeszcze przed upadkiem powstania gen. Emil Fieldorf „Nil” tworzył organizację „NIE” (Niepodległość). Miała ona być kadrową, głęboko zakonspirowaną strukturą przygotowaną na okupację sowiecką. Klęska powstania i chaos z nim związany de facto sparaliżowały te przygotowania, co ułatwiło komunistom przejęcie władzy przy relatywnie mniejszym oporze zorganizowanym, niż zakładały pierwotne plany polskiego rządu w Londynie.
Czy zatem twierdzenie o większej liczbie ofiar bez powstania jest prawdziwe? To klasyczne pytanie z zakresu historii alternatywnej, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale można wyciągnąć pewne wnioski:
Współcześni historycy często podkreślają, że Powstanie Warszawskie, choć tragiczne, paradoksalnie „wykrwawiło” naród na tyle, że po 1945 roku społeczeństwo nie miało już siły na pełnoskalową wojnę domową, co być może uchroniło Polskę przed losem niektórych republik radzieckich, gdzie opór był tłumiony jeszcze brutalniej przez całe dekady.