Gość (37.30.*.*)
Patrząc na soczyście zielony trawnik w słoneczny dzień, można by pomyśleć, że natura oferuje nam darmowy i nieograniczony bufet. Skoro krowy, konie czy owce zajadają się trawą z takim apetytem, dlaczego my – ludzie – omijamy ją szerokim łukiem, wybierając zamiast tego sałatę czy szpinak? Odpowiedź kryje się głęboko w naszej ewolucji, budowie układu pokarmowego, a nawet w... naszych zębach. Choć trawa nie jest dla nas trująca w dosłownym tego słowa znaczeniu, jedzenie jej na dłuższą metę przyniosłoby nam więcej szkody niż pożytku.
Głównym powodem, dla którego trawa nie gości na naszych talerzach, jest jej skład chemiczny. Trawa składa się w dużej mierze z celulozy – złożonego węglowodanu, który buduje ściany komórkowe roślin. Problem polega na tym, że ludzki organizm nie produkuje enzymu zwanego celulazą, który jest niezbędny do rozbicia tych twardych włókien na proste cukry, które moglibyśmy przyswoić.
Dla nas trawa jest praktycznie bezwartościowa pod względem energetycznym. Przechodzi przez nasz układ pokarmowy niemal w nienaruszonym stanie. O ile niewielka ilość błonnika jest nam potrzebna do prawidłowej pracy jelit, o tyle dieta oparta wyłącznie na trawie doprowadziłaby człowieka do skrajnego niedożywienia i wycieńczenia. Po prostu spalilibyśmy więcej energii na jej żucie i próby trawienia, niż bylibyśmy w stanie z niej wycisnąć.
Zwierzęta roślinożerne, zwane przeżuwaczami (jak krowy czy kozy), wypracowały niesamowity system radzenia sobie z celulozą. Ich żołądki są wielokomorowe i pełne wyspecjalizowanych bakterii oraz pierwotniaków, które wykonują za nie „czarną robotę”. Krowa najpierw połyka trawę, potem ją zwraca, by ponownie przeżuć (stąd nazwa), a mikroorganizmy w jej żołądku fermentują masę roślinną, rozkładając celulozę na składniki odżywcze.
Ludzie mają żołądek jednokomorowy. Nasz układ trawienny jest przystosowany do pokarmów łatwiej przyswajalnych – owoców, warzyw, mięsa czy nasion. Nie mamy ani odpowiednich „zbiorników” do fermentacji, ani armii bakterii zdolnych do pokonania trawy.
Nawet gdybyśmy jakimś cudem nauczyli się trawić celulozę, pojawiłby się kolejny problem: nasze zęby. Trawa zawiera mikroskopijne drobinki krzemionki (fitolity), które działają jak papier ścierny. Są one mechanizmem obronnym rośliny, mającym zniechęcać roślinożerców do jej zjadania.
Zęby zwierząt kopytnych rosną przez całe życie lub mają bardzo wysokie korony, co pozwala im ścierać się bez uszczerbku dla zdrowia. Ludzkie szkliwo jest twarde, ale nieodnawialne. Regularne żucie trawy doprowadziłoby do bardzo szybkiego starcia zębów aż do dziąseł, co uniemożliwiłoby jedzenie czegokolwiek innego.
Choć nie jemy źdźbeł trawy z trawnika, to rodzina wiechlinowatych (czyli traw) stanowi podstawę ludzkiej diety na całym świecie. Pszenica, ryż, kukurydza, jęczmień czy żyto to z botanicznego punktu widzenia trawy! Różnica polega na tym, że my zjadamy ich wysokoenergetyczne nasiona (ziarna), a nie twarde łodygi i liście. Ziarna są bogate w skrobię, którą nasz organizm potrafi rozłożyć bez większego problemu.
Poza kwestiami trawiennymi, jedzenie trawy prosto z ziemi wiąże się z ryzykiem zdrowotnym. Trawa jest siedliskiem wielu pasożytów, bakterii oraz zanieczyszczeń. W miastach dochodzą do tego pestycydy, nawozy sztuczne oraz spaliny samochodowe, które osadzają się na roślinach. Nasz żołądek nie jest tak odporny na patogeny glebowe jak żołądki dzikich zwierząt.
W sklepach ze zdrową żywnością często spotykamy sok z młodej trawy pszenicznej (wheatgrass). Czy to nie przeczy teorii, że nie jemy trawy? Nie do końca. W tym przypadku pijemy jedynie wyciśnięty sok, który zawiera witaminy, minerały i chlorofil, ale pozbawiony jest ciężkostrawnej celulozy. To forma suplementacji, a nie główne źródło kalorii. Choć ma wielu zwolenników, dla większości osób smak „płynnego trawnika” jest trudny do zaakceptowania bez dodatku jabłka czy cytryny.
Podsumowując, natura zaprojektowała nas jako istoty o zupełnie innych potrzebach. Zamiast skubać trawnik, lepiej zostać przy sałacie – jest znacznie smaczniejsza, bezpieczniejsza dla naszych zębów i, co najważniejsze, nasz organizm faktycznie wie, co z nią zrobić.