Gość (37.30.*.*)
Powszechne przekonanie, że „piątkowi uczniowie pracują dla tych trójkowych”, na stałe wpisało się w naszą kulturę. To zdanie bywa pocieszeniem dla osób, które nie odnalazły się w szkolnych ławach, oraz przestrogą dla tych, którzy każdą wolną chwilę spędzają nad książkami. Czy jednak faktycznie wysoka średnia jest „pocałunkiem śmierci” dla przyszłej kariery? Przyjrzyjmy się temu, co w tym twierdzeniu jest naukowo potwierdzonym faktem, a co jedynie miejską legendą.
Głównym źródłem tego mitu jest różnica między środowiskiem akademickim a realnym rynkiem pracy. Szkoła to system zamknięty, oparty na jasnych regułach, przewidywalnych testach i nagradzaniu za podążanie wyznaczoną ścieżką. Praca natomiast to często chaos, konieczność podejmowania ryzyka i umiejętność radzenia sobie z porażką.
Argument o tym, że prymusi nie radzą sobie w pracy, opiera się na kilku założeniach:
Jeśli spojrzymy na twarde dane, obraz staje się nieco inny. Liczne badania z zakresu psychologii pracy (m.in. metaanalizy Franka Schmidta i Johna Huntera) wskazują, że średnia ocen (GPA) jest jednym z lepszych predyktorów sukcesu zawodowego, szczególnie na początku kariery. Dlaczego? Ponieważ wysoka średnia nie mówi tylko o wiedzy, ale przede wszystkim o sumienności.
Sumienność to jedna z cech „Wielkiej Piątki” osobowości, która najlepiej koreluje z wydajnością w pracy. Osoba z wysoką średnią udowodniła, że potrafi:
Zatem twierdzenie, że wysoka średnia „gwarantuje” porażkę, jest zdecydowanie mitem. Statystycznie rzecz biorąc, osoby z lepszymi wynikami zarabiają więcej i szybciej awansują, choć różnice te zacierają się wraz ze stażem pracy.
Mimo że statystyka sprzyja prymusom, istnieje pewien specyficzny obszar, w którym osoby z niższą średnią faktycznie mogą zyskać przewagę. Chodzi o adaptacyjność i przedsiębiorczość.
Uczniowie „trójkowi” często musieli nauczyć się kombinować, negocjować oceny, wybierać, co jest ważne, a co można odpuścić (stosując nieświadomie zasadę Pareto). Te umiejętności są kluczowe w prowadzeniu własnego biznesu. Prymus, który zawsze robił wszystko na 100%, może mieć problem z delegowaniem zadań lub akceptacją faktu, że „zrobione jest lepsze od doskonałego”.
Warto wspomnieć, że giganci technologiczni, tacy jak Google, przez lata rekrutowali niemal wyłącznie absolwentów elitarnych uczelni z najwyższymi wynikami. Jednak po przeanalizowaniu danych o wydajności swoich pracowników, firma zmieniła strategię. Okazało się, że po kilku latach stażu pracy, korelacja między ocenami na dyplomie a sukcesami w firmie staje się bliska zeru. Obecnie Google kładzie znacznie większy nacisk na umiejętność uczenia się na błędach niż na same stopnie.
Kolejnym aspektem jest rozróżnienie między inteligencją poznawczą a emocjonalną (EQ). Szkoła testuje głównie tę pierwszą. W pracy, szczególnie na stanowiskach liderskich, to EQ decyduje o sukcesie. Jeśli prymus skupił się wyłącznie na wynikach, zaniedbując umiejętności społeczne, faktycznie może „odbić się od ściany” w korporacyjnej rzeczywistości.
Z kolei osoba z niższą średnią, która spędzała czas na sporcie, wolontariacie czy po prostu na budowaniu szerokiej sieci kontaktów, może mieć lepiej rozwiniętą inteligencję społeczną, co pozwala jej sprawniej poruszać się w strukturach firmy.
Odpowiedź nie jest czarno-biała, ale możemy ją podzielić na kilka punktów:
Ostatecznie najlepszą pozycję na rynku pracy mają „elastyczni prymusi” – osoby, które potrafiły zdobyć dobre oceny, ale nie stały się niewolnikami systemu i potrafią wyjść poza schemat, gdy wymaga tego sytuacja. Oceny są dobrym wskaźnikiem dyscypliny, ale to charakter i umiejętność adaptacji budują długofalową karierę.