Gość (37.30.*.*)
Podatki to temat, który od dekad budzi ogromne emocje, dzieląc ekonomistów, polityków i zwykłych obywateli. Często słyszymy głosy, że system fiskalny to jedynie mechanizm wyciągania pieniędzy z kieszeni pracujących, który w rzeczywistości nie realizuje żadnych szczytnych celów. Z drugiej strony, debata o ulgach podatkowych bywa powierzchowna i często pomija fakt, że mechanizmy te – choć brzmią sprawiedliwie – w praktyce mogą pogłębiać nierówności.
Teza, że podatki nie służą celom społecznym, jest najczęściej wynikiem obserwacji nieefektywności państwa, a nie samej natury opodatkowania. W teorii ekonomii podatki pełnią trzy główne funkcje: fiskalną (zbieranie środków na działanie państwa), redystrybucyjną (wyrównywanie różnic społecznych) oraz stymulacyjną (zachęcanie do konkretnych zachowań, np. inwestycji).
W praktyce pieniądze z podatków finansują infrastrukturę, edukację, służbę zdrowia i bezpieczeństwo. To są realne cele społeczne. Problem pojawia się w momencie, gdy środki te są marnotrawione lub gdy system jest skonstruowany tak, że obciążenia uderzają proporcjonalnie mocniej w osoby o niższych dochodach (tzw. regresywność). Jeśli obywatel widzi, że mimo płacenia składek musi czekać dwa lata do lekarza, naturalnie dochodzi do wniosku, że jego podatki nie realizują celów społecznych. Nie oznacza to jednak, że taka jest ich funkcja – to raczej dowód na wadliwe zarządzanie tymi środkami.
To jeden z najbardziej fascynujących, a zarazem pomijanych aspektów polityki fiskalnej. Mechanizm jest prosty: aby skorzystać z ulgi podatkowej, trzeba najpierw mieć od czego ją odliczyć.
Wyobraźmy sobie dwie osoby:
Państwo wprowadza ulgę na nowoczesne technologie, która pozwala odliczyć od podatku do 2 000 zł. Osoba A, mimo że poniesie wydatki uprawniające do ulgi, odliczy tylko 500 zł, bo jej zobowiązanie podatkowe nie pozwala na więcej (chyba że system przewiduje zwrot gotówkowy, co jest rzadkością). Osoba B odliczy pełne 2 000 zł. W efekcie osoba zamożniejsza otrzymuje od państwa większy „prezent” niż osoba uboższa.
Dodatkowo wiele ulg funkcjonuje jako odliczenie od dochodu (podstawy opodatkowania). W systemie progresywnym (gdzie bogatsi płacą wyższą stawkę procentową, np. 32% zamiast 12%), ta sama kwota odliczenia daje większą realną korzyść osobie w wyższym progu. Odliczenie 1 000 zł od dochodu dla osoby w progu 12% to 120 zł oszczędności. Dla osoby w progu 32% to aż 320 zł oszczędności.
Brak szerokiej dyskusji na ten temat nie jest przypadkowy. Składa się na to kilka kluczowych czynników:
Warto wiedzieć, że istnieją podatki, których głównym celem nie jest wcale zebranie pieniędzy, ale zmiana naszych nawyków. Są to tzw. podatki Pigouviana (od nazwiska ekonomisty Arthura Pigou). Ich zadaniem jest korygowanie tzw. efektów zewnętrznych. Przykładem jest podatek cukrowy czy akcyza na wyroby tytoniowe. Tutaj „celem społecznym” jest zniechęcenie nas do zachowań szkodliwych dla zdrowia, co w teorii ma obniżyć przyszłe koszty funkcjonowania publicznej służby zdrowia.
Aby lepiej zrozumieć, dlaczego ulgi bywają „regresywne” (czyli korzystniejsze dla bogatszych), warto spojrzeć na to przez pryzmat matematyki podatkowej:
Zrozumienie tych mechanizmów pozwala inaczej spojrzeć na obietnice wyborcze i propozycje zmian w prawie. Podatki to nie tylko liczby, to przede wszystkim narzędzie kształtowania struktury społecznej, które – w zależności od konstrukcji – może albo niwelować różnice, albo po cichu je pogłębiać.