Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas, przeglądając swoje comiesięczne rozliczenia lub słuchając o kolejnych programach socjalnych, zastanawia się, dlaczego system podatkowy jest skonstruowany tak, a nie inaczej. Pytanie o „podatek od singli” lub „podatek od dzieci” regularnie powraca w debacie publicznej, choć z zupełnie innych powodów. W rzeczywistości kwestia ta dotyka fundamentów demografii, ekonomii i historii, a odpowiedź na nie wcale nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Zanim przejdziemy do współczesności, warto wspomnieć o ciekawostce historycznej. W Polsce, w czasach PRL (a konkretnie w latach 1946–1973), istniało coś, co potocznie nazywano „bykowym”. Był to realny podatek płacony przez osoby bezdzietne, nieżonate i niezamężne powyżej 21. (później 25.) roku życia. Państwo wychodziło z założenia, że skoro obywatel nie ma rodziny na utrzymaniu, to ma więcej pieniędzy, którymi powinien podzielić się ze wspólnotą, by wspierać odbudowę kraju po wojnie.
Z czasem jednak zrezygnowano z tego rozwiązania. Dlaczego? Przede wszystkim uznano je za niesprawiedliwe i mało skuteczne w kontekście zachęcania do zakładania rodzin. Współczesne systemy podatkowe odeszły od karania za styl życia na rzecz premiowania pożądanych postaw społecznych.
Wprowadzenie podatku od posiadania dzieci byłoby z punktu widzenia państwa „demograficznym samobójstwem”. Większość krajów rozwiniętych, w tym Polska, boryka się z ujemnym przyrostem naturalnym. Dzieci to przyszli pracownicy, naukowcy i podatnicy, którzy będą wypracowywać PKB i finansować system emerytalny dla obecnych pokoleń.
Zamiast opodatkowywać dzieci, państwa stosują mechanizm odwrotny – politykę prorodzinną. Przejawia się ona w:
Opodatkowanie dzieci byłoby nie tylko nieetyczne, ale i sprzeczne z interesem ekonomicznym kraju w długiej perspektywie.
Choć oficjalnie „podatek od singla” nie istnieje, wielu ekspertów wskazuje na to, że osoby żyjące w pojedynkę są obciążone fiskalnie w sposób pośredni. Single nie mogą korzystać z większości przywilejów dostępnych dla rodzin.
Oto kilka aspektów, które sprawiają, że bycie singlem jest „droższe” podatkowo:
Wprowadzenie bezpośredniego podatku od bycia singlem w dzisiejszych czasach byłoby niezwykle trudne do obrony na gruncie prawnym. Współczesne konstytucje i konwencje praw człowieka chronią wolność jednostki do decydowania o swoim życiu prywatnym. Opodatkowanie kogoś za to, że nie znalazł partnera lub świadomie wybrał życie w pojedynkę, mogłoby zostać uznane za dyskryminację ze względu na stan cywilny.
Ponadto, granica między byciem singlem a byciem w związku nieformalnym (konkubinacie) jest w dzisiejszym świecie bardzo płynna. Państwo miałoby ogromny problem z weryfikacją, kto faktycznie żyje samotnie, a kto jedynie nie sformalizował swojego związku.
Większość państw zachodnich stosuje podobny model do polskiego – promuje rodziny poprzez ulgi, zamiast karać singli. Wyjątkiem mogą być specyficzne systemy ubezpieczeń społecznych. Na przykład w Niemczech osoby bezdzietne płacą nieco wyższą składkę na ubezpieczenie pielęgnacyjne (Pflegeversicherung) niż rodzice. Jest to argumentowane tym, że rodzice inwestują w wychowanie dzieci, które w przyszłości będą opiekować się społeczeństwem, więc osoby bezdzietne powinny wpłacać do systemu nieco więcej środków finansowych.
Podsumowując, brak podatku od dzieci wynika z potrzeby ratowania demografii, natomiast brak bezpośredniego podatku od singli to efekt ewolucji systemów prawnych w stronę ochrony wolności osobistej. Choć single mogą czuć się poszkodowani brakiem ulg, systemy podatkowe są projektowane tak, by wspierać komórkę społeczną uznawaną za najbardziej stabilną – czyli rodzinę.