Gość (37.30.*.*)
Temat bólu i tego, jak reaguje na niego ludzki umysł, od lat fascynuje neurologów i psychologów. Przekonanie, że dorosła osoba regularnie doświadczająca cierpienia fizycznego z czasem zaczyna je „lubić”, jest w dużej mierze mitem, choć ziarno prawdy kryje się w skomplikowanej chemii naszego mózgu. W rzeczywistości mechanizm ten jest znacznie bardziej złożony niż proste przejście od niechęci do przyjemności. Większość osób cierpiących na chroniczny ból nie odczuwa z tego powodu satysfakcji, lecz zmęczenie, frustrację, a nawet depresję. Skąd więc wzięło się przekonanie o możliwości „polubienia” bólu?
Kiedy odczuwamy ból, nasz organizm uruchamia system ratunkowy. Przysadka mózgowa i podwzgórze zaczynają wydzielać endorfiny – naturalne opiaty, które mają za zadanie stłumić cierpienie i pomóc nam przetrwać trudną sytuację. To właśnie te substancje odpowiadają za tzw. „euforię biegacza” lub chwilowe uczucie ulgi po silnym bodźcu bólowym.
W przypadku regularnego, powtarzalnego bólu, organizm może przyzwyczaić się do tych „strzałów” endorfin. Nie oznacza to jednak, że osoba zaczyna lubić sam ból – ona zaczyna podświadomie łaknąć chemicznej odpowiedzi organizmu, która następuje tuż po nim. Jest to mechanizm zbliżony do uzależnienia, ale dotyczy on bardzo wąskiej grupy przypadków i zazwyczaj wiąże się z konkretnymi uwarunkowaniami psychologicznymi. Dla przeciętnego człowieka chroniczny ból prowadzi raczej do zjawiska sensytyzacji (nadwrażliwości), gdzie nawet lekki dotyk staje się nie do zniesienia, a nie do przyjemności.
Pojęcie masochizmu wykracza daleko poza sferę fizyczną. Masochizm emocjonalny i moralny to terminy opisujące tendencję do nieświadomego poszukiwania cierpienia psychicznego, upokorzenia czy porażki. Czy każdy z nas może stać się taką osobą? Teoretycznie mechanizmy adaptacyjne ludzkiej psychiki są niezwykle elastyczne, ale nie każdy ma predyspozycje do wejścia w taką rolę.
Masochizm moralny, o którym pisał już Zygmunt Freud, nie polega na czerpaniu radości z cierpienia w potocznym tego słowa znaczeniu. To raczej wewnętrzny przymus „odpokutowania” za nieuświadomione poczucie winy. Osoba taka czuje się „dobra” lub „wartościowa” tylko wtedy, gdy cierpi lub poświęca się dla innych ponad siły.
Psychologia wskazuje na kilka kluczowych źródeł takich postaw:
Choć nie każdy stanie się masochistą w sensie klinicznym, to mechanizm adaptacji do toksycznych warunków jest powszechny. Jeśli dorosła osoba przebywa w środowisku, w którym ból emocjonalny jest normą (np. w przemocowym związku lub ekstremalnie stresującej pracy), może dojść do zjawiska wyuczonej bezradności. W takim stanie człowiek przestaje walczyć o poprawę swojego losu, co z boku może wyglądać jak „lubienie” swojej ciężkiej sytuacji. W rzeczywistości jest to jednak mechanizm obronny – umysł minimalizuje wydatek energetyczny na walkę, która wydaje się z góry przegrana.
Ciekawostką jest fakt, że obszary w mózgu odpowiedzialne za ból fizyczny i odrzucenie społeczne (ból emocjonalny) w dużej mierze się pokrywają. Chodzi o korę zakrętu obręczy i wyspę. To dlatego „złamane serce” naprawdę boli fizycznie, a mechanizmy radzenia sobie z oboma rodzajami cierpienia są do siebie tak zbliżone.
Podsumowując, twierdzenie, że dorosły człowiek po prostu zaczyna lubić ból, jest mitem upraszczającym skomplikowaną naturę ludzkiej psychiki. Możemy przyzwyczaić się do dyskomfortu, możemy wykształcić mechanizmy obronne, które każą nam trwać w cierpieniu, a w specyficznych warunkach nasz mózg może serwować nam koktajl endorfin w odpowiedzi na ból. Jednak masochizm emocjonalny i moralny to głęboko zakorzenione struktury osobowości, wynikające najczęściej z traum i wczesnych relacji, a nie coś, co „przydarza się” każdemu pod wpływem zwykłego, powtarzalnego bólu.
Warto pamiętać, że jeśli ktoś zauważa u siebie tendencję do wybierania sytuacji, które kończą się cierpieniem, nie jest to kwestia „lubienia bólu”, lecz sygnał, że podświadomość próbuje rozwiązać jakiś dawny konflikt. Zrozumienie tego mechanizmu to pierwszy krok do przerwania cyklu, który z prawdziwą przyjemnością nie ma nic wspólnego.