Gość (37.30.*.*)
Pojęcie masochizmu kojarzy się większości z nas dość jednoznacznie – z czerpaniem przyjemności z bólu fizycznego, często w kontekście intymnym. Jednak w psychologii i codziennym języku termin ten ma znacznie szersze znaczenie. Kiedy mówimy o kimś, że jest „emocjonalnym masochistą”, zazwyczaj nie mamy na myśli siniaków czy zadrapań, ale specyficzny wzorzec zachowań, w którym dana osoba podświadomie dąży do cierpienia psychicznego, upokorzenia lub porażki. To zjawisko jest fascynujące, bo na pierwszy rzut oka wydaje się sprzeczne z ludzką naturą, która z założenia dąży do unikania przykrości.
W psychologii, a konkretnie w psychoanalizie, termin ten wprowadził Zygmunt Freud, opisując tzw. masochizm moralny. Osoba nim dotknięta nie szuka fizycznych tortur, ale nieświadomie dąży do bycia ofiarą w relacjach, w pracy czy w życiu społecznym. Taki „masochista” czuje się niemal zmuszony do tego, by stawiać się w sytuacjach, które przynoszą mu rozczarowanie lub smutek.
Dlaczego tak się dzieje? Często wynika to z głęboko zakorzenionego poczucia winy. Cierpienie staje się formą „odpokutowania” za wyimaginowane winy lub sposobem na rozładowanie wewnętrznego napięcia. Dla takiej osoby stan spokoju i szczęścia może być wręcz niepokojący – podświadomie czuje ona, że „zaraz wydarzy się coś złego”, więc prowokuje trudną sytuację, aby mieć to już za sobą i wrócić do znanego sobie stanu emocjonalnego dyskomfortu.
Masochizm emocjonalny rzadko objawia się w sposób spektakularny. To raczej seria drobnych decyzji, które prowadzą do negatywnych skutków. Oto kilka przykładów, które sprawiają, że o kimś mówi się w ten sposób:
Choć brzmi to paradoksalnie, ból emocjonalny i stres mogą wywoływać w organizmie reakcje chemiczne podobne do tych po wysiłku fizycznym. W sytuacjach silnego napięcia mózg może uwalniać endorfiny i dopaminę, aby złagodzić odczuwany dyskomfort. U niektórych osób może dojść do swego rodzaju „uzależnienia” od cyklu: silny stres – ulga po przeżyciu kryzysu. To sprawia, że podświadomie szukają oni kolejnych trudnych sytuacji, by znów poczuć ten specyficzny rodzaj emocjonalnego „haju”.
Ważne jest zrozumienie, że nikt nie decyduje się na bycie masochistą świadomie. To mechanizm obronny, który zazwyczaj kształtuje się w dzieciństwie. Jeśli dziecko otrzymywało uwagę od rodziców tylko wtedy, gdy chorowało, cierpiało lub gdy działo mu się coś złego, mogło nauczyć się, że ból jest jedyną drogą do bliskości i miłości.
Innym powodem może być niskie poczucie własnej wartości. Osoba, która uważa, że nie zasługuje na nic dobrego, będzie czuła się nieswojo w sytuacjach pozytywnych. Cierpienie jest dla niej „bezpieczne”, bo jest znane i przewidywalne. W jej świecie bycie ofiarą daje też pewnego rodzaju moralną wyższość – „ja jestem tą dobrą osobą, która tyle znosi, a inni są źli”.
Oczywiście, że tak, choć wymaga to dużej pracy nad sobą, a często wsparcia terapeutycznego. Kluczem jest uświadomienie sobie własnych schematów. Zrozumienie, że nie musimy cierpieć, aby zasłużyć na miłość czy szacunek, to pierwszy i najważniejszy krok.
Warto zacząć od stawiania małych granic i obserwowania swoich reakcji na sukcesy. Nauka przyjmowania komplementów i dobrych rzeczy bez szukania w nich „haczyka” może być dla emocjonalnego masochisty prawdziwym wyzwaniem, ale jest to droga do znacznie zdrowszego i szczęśliwszego życia. Pamiętajmy, że termin „masochista” używany w kontekście codziennym często jest uproszczeniem, pod którym kryją się realne trudności w budowaniu poczucia własnej wartości.