Gość (37.30.*.*)
„Miłość w Portofino” (oryginalnie „Love in Portofino”) to jeden z tych utworów, które na stałe wpisały się w kanon światowej muzyki rozrywkowej. Słuchając jej, przed oczami mamy włoską rivierę, zachodzące słońce i romantyczną atmosferę lat 50. i 60. Jednak, gdy wgłębimy się w tekst i historię powstania tego utworu, okazuje się, że pod płaszczem pięknej melodii kryje się spora dawka melancholii, a nawet pewien tragiczny rys, który towarzyszy jej twórcom.
Piosenka została napisana w 1958 roku przez Freda Buscaglione (muzyka) i Leo Chiosso (słowa). Oryginalna wersja, choć utrzymana w rytmie wolnego foxtrota, nie jest typowym „wesołym hitem”. To raczej opowieść o nagłym, niemal nierealnym zauroczeniu, które przydarza się w magicznym miejscu. Włoskie słowa mówią o znalezieniu miłości w Portofino, ale cały utwór przesiąknięty jest nostalgią.
Wielu słuchaczy odbiera tę piosenkę jako zapis chwili, która już minęła. To nie jest radosny hymn o trwałym związku, ale raczej wspomnienie pocałunku, który zmienił wszystko, a który teraz jest już tylko echem w pamięci. Ta ulotność sprawia, że piosenka ma w sobie pewien smutek – lęk przed tym, że tak intensywne uczucie może zniknąć wraz z końcem wakacji.
W Polsce utwór ten stał się niezwykle popularny dzięki wykonaniu Sławy Przybylskiej. Polskie słowa napisała Agnieszka Osiecka, która jak nikt inny potrafiła wydobyć z melodii ukryty dramat. W jej interpretacji „Miłość w Portofino” staje się jeszcze bardziej melancholijna.
Osiecka wprowadziła do tekstu motyw przemijania. Słowa o tym, że „słońce już nie tak gorące” i „niebo już nie tak błękitne”, sugerują, że najpiękniejszy moment mamy już za sobą. Polska wersja kładzie duży nacisk na to, że miłość w Portofino była czymś wyjątkowym, co być może nigdy się nie powtórzy. To właśnie ta świadomość końca sprawia, że wielu słuchaczy uznaje tę piosenkę za smutną.
Mówiąc o tragicznym aspekcie tej piosenki, nie sposób nie wspomnieć o losie jej kompozytora i pierwszego wykonawcy. Fred Buscaglione, który był u szczytu sławy i uosabiał włoski styl życia „dolce vita”, zginął tragicznie w wypadku samochodowym w 1960 roku, zaledwie dwa lata po premierze „Love in Portofino”. Miał tylko 38 lat. Jego nagła śmierć nadała utworowi dodatkowego, mrocznego kontekstu – piosenka o pięknej miłości stała się jednym z ostatnich wielkich dzieł artysty, którego życie zostało brutalnie przerwane.
Określenie „tragiczna” może być dla niektórych zbyt mocne, ale „Miłość w Portofino” z pewnością nie jest utworem beztroskim. Jej fenomen polega na kontraście:
Dla wielu osób jest to piosenka o „utraconym raju”. Słuchamy jej z przyjemnością, ale jednocześnie czujemy ukłucie w sercu, bo przypomina nam o chwilach, które były piękne, ale nie mogły trwać wiecznie. To właśnie ta emocjonalna głębia sprawia, że utwór ten przetrwał dekady i wciąż jest interpretowany przez kolejnych artystów, takich jak Andrea Bocelli czy Dalida.
Psychologia muzyki wskazuje, że utwory łączące dur (wesołe brzmienie) z nostalgicznym tekstem są przez nas odbierane jako najbardziej poruszające. „Miłość w Portofino” idealnie wpisuje się w ten schemat. Pozwala nam na chwilę marzeń o wielkim uczuciu, jednocześnie dając przyzwolenie na smutek związany z jego ulotnością.
Nie jest to więc tragedia w sensie klasycznym, ale raczej piękna, muzyczna definicja „saudade” – specyficznego rodzaju tęsknoty za czymś, co było piękne, a co być może nigdy nie wróci. Jeśli słuchając jej, czujesz smutek, to znaczy, że doskonale odczytujesz intencje twórców i emocje zawarte między nutami.