Gość (37.30.*.*)
Często słyszymy w mediach społecznościowych, że jakaś gwiazda „zepsuła internet” swoim nowym zdjęciem lub kontrowersyjnym wpisem. W rzeczywistości jednak, to co rozumiemy przez „zepsucie”, to zazwyczaj po prostu ogromny skok ruchu na konkretnej stronie, który na chwilę ją spowalnia. Ale czy da się zepsuć internet w sensie fizycznym lub technicznym? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo choć internet jako całość jest strukturą niezwykle odporną i rozproszoną, istnieją punkty zapalne, których awaria mogłaby wywołać globalny chaos.
Większość z nas wyobraża sobie internet jako coś niematerialnego, co „pływa” w chmurze. W rzeczywistości jednak internet to tysiące kilometrów kabli światłowodowych, które łączą kontynenty. Te kable biegną po dnach oceanów i to one są jednym z najsłabszych ogniw całego systemu. Czy można je zepsuć? Jak najbardziej.
Historia zna przypadki, w których kotwice statków, trzęsienia ziemi, a nawet... rekiny uszkadzały te kluczowe połączenia. W 2008 roku uszkodzenie dwóch kabli podmorskich na Morzu Śródziemnym odcięło od sieci znaczną część Egiptu, Indii i Bliskiego Wschodu. Choć internet nie przestał istnieć, dla milionów ludzi stał się bezużyteczny. Jednak dzięki temu, że sieć jest zaprojektowana jako pajęczyna, dane zazwyczaj mogą zostać przekierowane inną drogą, choć dzieje się to kosztem prędkości połączenia.
To nie jest miejska legenda. W latach 80. i 90. XX wieku faktycznie odnotowano przypadki, w których rekiny atakowały kable światłowodowe. Naukowcy przypuszczają, że przyciągały je pola elektromagnetyczne generowane przez kable. Obecnie większość nowych instalacji jest specjalnie wzmacniana i osłaniana warstwami stali, aby zapobiec „podgryzaniu” globalnej sieci przez morskie drapieżniki.
Internet to nie tylko kable, to przede wszystkim protokoły komunikacyjne. Dwa najważniejsze z nich to DNS (Domain Name System) oraz BGP (Border Gateway Protocol). DNS działa jak książka telefoniczna – zamienia nazwy stron (np. google.pl) na adresy IP, które rozumieją komputery. BGP z kolei to system nawigacji, który mówi pakietom danych, jaką drogą mają płynąć do celu.
Jeśli ktoś „popsuje” te protokoły, internet w praktyce przestaje działać dla użytkownika końcowego. Tak stało się w 2021 roku, kiedy Facebook (obecnie Meta) dosłownie zniknął z sieci na kilka godzin. Błąd w konfiguracji BGP sprawił, że serwery firmy przestały informować resztę świata o swoim istnieniu. To pokazuje, że nawet giganci technologiczni mogą stać się ofiarą drobnego błędu, który „psuje” dostęp do ich usług dla miliardów ludzi.
Wiele osób zastanawia się, czy istnieje jeden przycisk, którym można wyłączyć internet na całym świecie. Krótka odpowiedź brzmi: nie. Internet nie ma centralnego punktu zarządzania. To sieć połączonych ze sobą mniejszych sieci (autonomicznych systemów).
Istnieją jednak mechanizmy, które teoretycznie mogłyby sparaliżować sieć na dużą skalę:
Całkowite i trwałe zniszczenie internetu wymagałoby katastrofy na skalę globalną, która zniszczyłaby infrastrukturę energetyczną i satelitarną. Na przykład potężny rozbłysk słoneczny (tzw. zjawisko Carringtona) mógłby teoretycznie spalić elektronikę na całej planecie, w tym kluczowe węzły sieciowe. W takim scenariuszu brak internetu byłby jednak tylko jednym z wielu problemów, z jakimi musiałaby się zmierzyć ludzkość.
W normalnych warunkach internet jest niemal niezniszczalny. Został zaprojektowany w czasach zimnej wojny przez agencję ARPA właśnie po to, by przetrwać ataki i awarie poszczególnych węzłów. Jeśli jedna część sieci pada, reszta szuka nowej drogi. Można więc powiedzieć, że internet da się „nadpsuć” lokalnie lub czasowo, ale całkowite jego zepsucie jest obecnie praktycznie niemożliwe.