Gość (83.4.*.*)
Sprawa Natalii Janoszek i Krzysztofa Stanowskiego to jeden z najgłośniejszych konfliktów medialnych ostatnich lat w Polsce. Choć u jej podstaw leżał spór o wiarygodność kariery aktorki w Bollywood, szybko przerodziła się ona w skomplikowaną batalię prawną, która wyciągnęła na światło dzienne głębokie podziały w polskim systemie sądownictwa. Internauci, śledząc kolejne odcinki tej sagi, często gubili się w gąszczu terminologii prawnej, co doprowadziło do powstania wielu mitów i nadinterpretacji dotyczących stanu polskiej praworządności.
Wiele osób błędnie utożsamiało postanowienie sądu o zabezpieczeniu powództwa z ostatecznym wyrokiem. W czerwcu 2023 roku Sąd Okręgowy w Warszawie wydał zakaz publikacji treści sugerujących, że Natalia Janoszek zmyśliła swoją karierę. Krzysztof Stanowski zignorował ten zakaz, co wywołało falę komentarzy. Kluczowym pojęciem stała się tutaj „nieprawomocność”.
W prawie polskim postanowienie o zabezpieczeniu jest natychmiast wykonalne, ale nie jest prawomocne, dopóki nie wyczerpie się ścieżka odwoławcza. Internauci często interpretowali to jako dowód na „wadliwość” decyzji sądu. Jeśli sąd wydał zakaz, a dziennikarz go złamał, argumentując, że walczy o prawdę, opinia publiczna zaczęła postrzegać system jako narzędzie cenzury, a nie ochrony dóbr osobistych. To uproszczenie sprawiło, że techniczna kwestia wykonalności postanowienia stała się w oczach wielu dowodem na to, że sądy działają przeciwko wolności słowa.
Największe kontrowersje wzbudził jednak status sędziów orzekających w sprawach incydentalnych dotyczących tego sporu. W polskim dyskursie publicznym od kilku lat funkcjonuje pojęcie „neo-KRS” oraz „neo-sędziów” – czyli osób powołanych na stanowiska sędziowskie po reformach z 2018 roku, które przez część środowisk prawniczych i instytucji międzynarodowych są uznawane za nieprawidłowe.
Kiedy w sprawie Janoszek vs. Stanowski pojawiły się nazwiska sędziów powołanych w nowym trybie, internauci błyskawicznie podchwycili ten wątek. Każda decyzja niekorzystna dla popularnego dziennikarza była interpretowana nie przez pryzmat przepisów Kodeksu postępowania cywilnego, ale jako wynik „upolitycznienia” sądu. Pojęcie „niepraworządności w KRS” stało się wygodnym wytrychem – jeśli sędzia został powołany przez nową radę, to jego decyzja w oczach części opinii publicznej z automatu stawała się nieważna lub stronnicza. To zjawisko pokazuje, jak głęboki jest kryzys zaufania do instytucji państwowych, gdzie merytoryczna treść orzeczenia schodzi na dalszy plan wobec statusu osoby je wydającej.
Warto wyjaśnić, że zabezpieczenie powództwa (które tak zbulwersowało widzów „Kanału Zero”) nie jest rozstrzygnięciem o winie. To środek tymczasowy, który ma zapobiec nieodwracalnym skutkom do czasu zakończenia właściwego procesu. Sąd nie musi mieć wtedy 100% pewności – wystarczy tzw. uprawdopodobnienie roszczenia. Dla przeciętnego odbiorcy, który widział dowody przedstawione przez Stanowskiego w Indiach, wydawało się to nielogiczne i niesprawiedliwe, co tylko potęgowało wrażenie, że „system jest zepsuty”.
Mechanizm psychologiczny stojący za tymi interpretacjami jest dość prosty: szukamy potwierdzenia naszych przekonań. Krzysztof Stanowski zbudował narrację „walki z kłamstwem”, w której on jest poszukiwaczem prawdy, a Natalia Janoszek osobą, która tę prawdę próbuje ukryć za pomocą prawników. W takim układzie sił każda decyzja sądu blokująca publikacje Stanowskiego była postrzegana jako atak na wolność słowa.
Dodatkowo, skomplikowana sytuacja prawna w Polsce (dwugłos dotyczący ważności powołań sędziowskich) daje idealne podłoże do podważania każdego wyroku. Internauci nie muszą być ekspertami od prawa konstytucyjnego, by używać haseł o „upolitycznieniu”. Wystarczy, że usłyszą o „wadliwej KRS” w kontekście sędziego, który wydał niepopularną decyzję, by uznać cały system za niewydolny.
Sprawa Janoszek jest podręcznikowym przykładem tzw. efektu Streisand. Próba prawnego zablokowania informacji o rzekomych manipulacjach aktorki sprawiła, że dowiedziało się o nich znacznie więcej osób, niż gdyby sprawa przeszła bez echa sądowego. Film Stanowskiego „Bollywoodzkie zero” stał się jednym z najchętniej oglądanych materiałów w historii polskiego YouTube'a właśnie dlatego, że towarzyszyła mu aura „zakazanego owocu” i walki z systemem sądowniczym.
Błędna interpretacja pojęć prawnych w tej sprawie wynikała z nałożenia się trzech czynników:
W efekcie spór o to, czy ktoś faktycznie grał w indyjskich filmach, stał się dla wielu osób dowodem na upadek praworządności, choć w rzeczywistości procedury zastosowane przez sąd (mimo ich kontrowersyjności w kontekście wolności prasy) są standardowym elementem polskiego procesu cywilnego od lat.