Gość (83.4.*.*)
Ruch "suwerennych obywateli" (ang. Sovereign Citizens) to fascynujące, choć ryzykowne zjawisko, które zyskuje popularność również w Polsce. Jego zwolennicy wierzą, że znaleźli swoisty "kod do rzeczywistości" – zestaw prawnych kruczków, które pozwalają im ignorować mandaty, podatki czy wyroki sądowe. Cała ta ideologia opiera się na bardzo specyficznej, a z punktu widzenia prawników całkowicie błędnej interpretacji dawnych traktatów, słowników i aktów prawnych. Zamiast rzetelnej analizy, mamy tu do czynienia z czymś, co przypomina "magiczną lingwistykę".
Jednym z fundamentów wiary suwerennych obywateli jest przekonanie o istnieniu tzw. "słomianego człowieka" (strawman theory). Według tej teorii, każde państwo w momencie narodzin obywatela tworzy jego korporacyjny odpowiednik – fikcyjną osobę prawną. Dowodem na to ma być fakt, że w dowodach osobistych, paszportach czy na wezwaniach z sądu nasze imiona i nazwiska są pisane wielkimi literami (np. JAN KOWALSKI).
Suwerenni obywatele interpretują to jako oznaczenie korporacji, a nie żywego człowieka z krwi i kości. Wierzą, że jeśli w sądzie zadeklarują, że są "żywym człowiekiem", a nie "osobą prawną", to sędzia straci nad nimi władzę. W rzeczywistości zapis wielkimi literami to jedynie standard formatowania dokumentów, który nie ma żadnego wpływu na status prawny jednostki.
To jedna z najbardziej egzotycznych interpretacji. Suwerenni obywatele często twierdzą, że współczesne sądy nie działają na podstawie prawa cywilnego czy karnego (prawa lądu), lecz na podstawie prawa morskiego (Admiralty Law). Skąd taki pomysł?
Argumentacja jest kuriozalna: ponieważ sale sądowe mają barierki (jak relingi na statku), a sędzia "cumuje" przy swoim biurku, to sąd jest w rzeczywistości statkiem handlowym. Kolejnym "dowodem" mają być złote frędzle przy flagach w amerykańskich sądach, które rzekomo oznaczają jurysdykcję morską. Na tej podstawie suwerenni twierdzą, że dopóki nie zawrą z sądem "kontraktu", nie podlegają jego jurysdykcji. Oczywiście w rzeczywistości prawo morskie dotyczy spraw związanych z żeglugą i handlem oceanicznym, a wystrój sali sądowej nie zmienia obowiązującego kodeksu karnego.
Wielka Karta Swobód z 1215 roku to dla wielu suwerennych "święty Graal". Szczególną estymą cieszy się Artykuł 61, który w teorii pozwalał baronom na zawiązanie komitetu i stawienie oporu królowi, jeśli ten łamał prawo. Suwerenni interpretują to jako prawo do "legalnego buntu" dla każdego obywatela.
Problem polega na tym, że:
Suwerenni obywatele traktują Black’s Law Dictionary (najpopularniejszy słownik prawniczy w USA) jak księgę zaklęć. Wybierają z niego archaiczne definicje lub interpretują współczesne terminy w sposób dosłowny, ignorując kontekst prawny.
Przykładem może być słowo "driving" (prowadzenie pojazdu). Suwerenni twierdzą, że według starych definicji "kierowca" to osoba zajmująca się transportem zarobkowym. Jeśli więc jadą prywatnym samochodem do sklepu, to nie "prowadzą", lecz "podróżują" (traveling). W ich mniemaniu oznacza to, że nie potrzebują prawa jazdy ani rejestracji, bo prawo do podróżowania jest niezbywalne. Sądy na całym świecie konsekwentnie odrzucają tę argumentację, wskazując, że prawo do przemieszczania się nie jest tożsame z prawem do prowadzenia mechanicznego pojazdu bez uprawnień.
Większość tych idei wywodzi się z USA, z ruchów takich jak Posse Comitatus z lat 70. XX wieku. Z czasem, dzięki internetowi, teorie te zostały "przetłumaczone" na realia innych krajów, w tym Polski. Choć nasze systemy prawne (prawo kontynentalne) różnią się od amerykańskiego (common law), suwerenni często bezrefleksyjnie kopiują argumenty o "prawie morskim" czy "UCC" (amerykańskim kodeksie handlowym), które w Polsce nie mają absolutnie żadnego zastosowania.
Choć argumenty suwerennych obywateli brzmią dla nich samych logicznie, opierają się na błędzie logicznym zwanym "cherry picking" – wybieraniu tylko tych fragmentów tekstów, które pasują do tezy, przy jednoczesnym ignorowaniu całości systemu prawnego. Prawo nie jest zbiorem magicznych haseł, które po wypowiedzeniu zdejmują z nas odpowiedzialność. To system umów społecznych i przepisów, które obowiązują wszystkich członków danego społeczeństwa, niezależnie od tego, czy wyrażają na to indywidualną zgodę, czy nie.
Stosowanie tych metod w sądzie kończy się zazwyczaj dotkliwymi grzywnami, a w skrajnych przypadkach aresztem za obrazę sądu lub utrudnianie postępowań. Mimo to, ruch ten wciąż przyciąga osoby szukające prostych rozwiązań dla skomplikowanych problemów prawnych i finansowych.