Gość (37.30.*.*)
Debaty nad jakością klasy politycznej i sposobami na jej poprawę powracają w przestrzeni publicznej przy okazji niemal każdych wyborów. Jednym z najbardziej kontrowersyjnych postulatów jest wprowadzenie wymogu uzyskania poparcia ze strony szeroko rozumianych elit – na przykład profesorów wyższych uczelni, autorytetów moralnych czy ekspertów z danej dziedziny. Choć zwolennicy takich rozwiązań argumentują, że podniosłoby to poziom merytoryczny debaty, krytycy widzą w tym niebezpieczne narzędzie inżynierii społecznej.
W politologii i socjologii pojęcie gatekeepingu (pilnowania bram) odnosi się do procesów, które decydują o tym, kto może wejść do danej grupy lub systemu, a kto zostaje z niego wykluczony. Wprowadzenie wymogu poparcia przez elity akademickie czy intelektualne jest klasycznym przykładem takiego mechanizmu.
Z perspektywy krytyków, takie rozwiązanie nie służy weryfikacji kompetencji, lecz utrzymaniu status quo. Elity, będąc grupą o określonych poglądach, przyzwyczajeniach i interesach, mają naturalną tendencję do promowania osób, które myślą podobnie do nich. W psychologii społecznej zjawisko to nazywa się homofilią – skłonnością do otaczania się ludźmi o zbliżonym statusie i światopoglądzie. W efekcie, kandydat, który rzuca wyzwanie dotychczasowemu porządkowi, może mieć ogromne trudności z uzyskaniem „atestu” od środowiska, które ten porządek współtworzy.
Zarzut, że wymóg poparcia elit uderza szczególnie w nowe ruchy społeczne oraz kandydatów o profilu prawicowym lub konserwatywnym, ma swoje uzasadnienie w obserwacjach socjologicznych. Nowe ruchy polityczne często budują swoją tożsamość na kontestowaniu obecnego systemu (tzw. antysystemowość). Jeśli warunkiem startu w wyborach byłaby zgoda osób będących twarzami tego systemu, doszłoby do logicznego paradoksu: kandydat musiałby prosić o poparcie tych, których chce odsunąć od wpływów.
W przypadku kandydatów prawicowych, podnosi się argument o ideologicznym przechyle środowisk akademickich. W wielu krajach zachodnich (ale i w Polsce) badania opinii wskazują, że kadra profesorska w naukach humanistycznych i społecznych ma częściej poglądy liberalne lub lewicowe. Krytycy twierdzą więc, że:
Warto jednak spojrzeć na drugą stronę medalu. Osoby postulujące większą rolę elit w procesie nominacji często kierują się troską o jakość legislacji. Ich zdaniem, współczesna polityka stała się zbyt populistyczna, a o sukcesie decyduje sprawny marketing, a nie przygotowanie merytoryczne.
W tej wizji profesorowie mieliby pełnić rolę bezpiecznika, który sprawdza, czy kandydat rozumie mechanizmy państwa, gospodarki i prawa. Nie chodziłoby o blokowanie poglądów, ale o eliminację osób skrajnie niekompetentnych lub głoszących teorie sprzeczne z wiedzą naukową. Jednak granica między „weryfikacją wiedzy” a „cenzurą poglądów” jest w praktyce niezwykle cienka i trudna do zdefiniowania w ustawie.
W przeszłości w wielu krajach istniały różne formy cenzusów (ograniczeń) wyborczych. Oprócz majątkowych, istniały też cenzusy wykształcenia. Na przykład w Wielkiej Brytanii do 1950 roku istniały tzw. okręgi uniwersyteckie, gdzie absolwenci niektórych uczelni (np. Oxfordu czy Cambridge) mogli oddawać dodatkowy głos w wyborach do parlamentu. Zostało to zniesione jako sprzeczne z zasadą „jeden człowiek, jeden głos”.
Większość współczesnych konstytucji opiera się na zasadzie powszechności i równości wyborów. Wprowadzenie dodatkowego progu w postaci „aprobaty elit” mogłoby zostać uznane za naruszenie praw obywatelskich i dyskryminację ze względu na pochodzenie lub poglądy.
Zamiast formalnych wymogów, w wielu krajach funkcjonują systemy nieformalne. Partie polityczne same dbają o to, by na ich listach znaleźli się eksperci, co ma budować wiarygodność ugrupowania. To wyborcy, a nie komisje profesorskie, ostatecznie decydują, czy wolą kandydata z tytułem naukowym, czy kogoś, kto lepiej rozumie ich codzienne problemy.
Podsumowując, choć idea „rządów mędrców” (sofokracja) brzmi dla niektórych kusząco jako lek na populizm, w praktyce niesie ze sobą ogromne ryzyko nadużyć. Obawy, że taki system stałby się narzędziem do eliminacji niewygodnych przeciwników politycznych i blokowania nowych, oddolnych ruchów, są podzielane przez wielu politologów i prawników konstytucjonalistów. W systemie demokratycznym to debata publiczna i wolne media mają za zadanie weryfikować kandydatów, a ostateczny werdykt należy do ogółu obywateli przy urnach.