Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie Londyn roku 1765. W jednym z wynajętych pokoi dziewięcioletni chłopiec, zamiast bawić się z rówieśnikami, ślęczy nad pięciolinią. To Wolfgang Amadeusz Mozart, który właśnie kończy swoją Symfonię nr 4 w D-dur (KV 19). Dzieło to do dziś budzi podziw – nie dlatego, że jest najbardziej skomplikowaną kompozycją w historii, ale dlatego, że bije z niej intuicyjne zrozumienie formy, melodii i harmonii, które u dorosłych muzyków wypracowuje się latami. Dlaczego więc dzisiaj, gdy słyszymy o nastolatku piszącym symfonie, często reagujemy sceptycznym uniesieniem brwi, odsyłając go najpierw po dyplom akademii muzycznej?
Symfonia nr 4 Mozarta to fascynujący dokument epoki. Choć Wolfgang miał wtedy zaledwie dziewięć lat, utwór ten nie jest jedynie „wprawką”. To pełnoprawna, trzyczęściowa symfonia, która garściami czerpie z tzw. stylu galant, popularnego wówczas w Londynie dzięki Janowi Christianowi Bachowi (synowi wielkiego Jana Sebastiana). Krytycy zachwycają się nią, ponieważ pokazuje ona coś, co trudno zdefiniować: czysty, nieskażony akademizmem instynkt muzyczny.
W KV 19 słychać radość tworzenia, ale też niesamowitą dyscyplinę. Mozart nie łamał zasad, on je chłonął jak gąbka i odtwarzał z dziecięcą lekkością. To właśnie ta „lekkość” sprawia, że historycy muzyki traktują ten utwór jako dowód na istnienie talentu absolutnego. Jednak warto pamiętać o jednym szczególe, który często umyka w dyskusjach o „cudownych dzieciach” – Mozart, choć nie miał dyplomu, miał najlepszego nauczyciela na świecie: swojego ojca, Leopolda, który poświęcił całe życie na szlifowanie talentu syna.
Współczesny świat muzyki poważnej (i nie tylko) stał się niezwykle zinstytucjonalizowany. Często odnosi się wrażenie, że bez „papierka” z prestiżowej uczelni młody twórca nie ma prawa głosu w salonach filharmonii. Dlaczego tak się dzieje? Jednym z powodów jest ewolucja samej muzyki. W czasach Mozarta język muzyczny był wspólny dla większości kompozytorów – opierał się na jasnych regułach harmonii funkcyjnej. Dzisiaj kompozycja to często poszukiwanie zupełnie nowych systemów dźwiękowych, co wymaga ogromnej wiedzy teoretycznej z zakresu akustyki, instrumentacji czy technologii cyfrowych.
Krytycy i środowisko akademickie boją się „amatorszczyzny”, utożsamiając brak formalnego wykształcenia z brakiem warsztatu. Zapominają przy tym, że warsztat Mozarta budował się w praktyce, podczas podróży po Europie i słuchania najlepszych orkiestr, a nie w dusznych salach wykładowych. Dzisiejszy „kult dyplomu” bywa barierą, która zamiast chronić jakość sztuki, może tłamsić autentyczną, młodzieńczą ekspresję.
Wśród muzykologów przez lata toczyły się dyskusje, ile w wczesnych symfoniach Mozarta jest samego Wolfganga, a ile poprawek naniesionych ręką Leopolda. Analizy grafologiczne i stylistyczne potwierdzają jednak, że choć ojciec pełnił rolę redaktora i mentora, to inwencja melodyczna i strukturalna należała do młodego geniusza. To pokazuje, że mentor jest ważniejszy niż instytucja.
Problem, o którym mowa w pytaniu, dotyka głębszego zjawiska: zmiany postrzegania roli kompozytora. W XVIII wieku kompozytor był rzemieślnikiem – dostarczał muzykę na konkretną okazję, tak jak stolarz dostarczał stół. Dzisiaj kompozytor jest postrzegany jako „intelektualista” i „wizjoner”. Od młodych ludzi oczekuje się, że ich muzyka będzie miała głęboki podtekst filozoficzny lub będzie rewolucjonizować język dźwiękowy.
To ogromna presja, której dziewięcioletni Mozart nie musiał dźwigać. On po prostu pisał piękne melodie w D-dur. Współczesny nastolatek, który napisałby utwór w stylu klasycznym, prawdopodobnie zostałby wyśmiany przez krytyków za „wtórność” i „brak własnego języka”. Paradoksalnie, to właśnie ta pogoń za oryginalnością sprawia, że studia stają się koniecznością – młody twórca musi poznać wszystko, co było wcześniej, by wiedzieć, czego nie pisać.
Oczywiście, że nie. Studia dają narzędzia: uczą, jak rozpisać partyturę na setkę instrumentów, jak operować dynamiką i jak nie zgubić się w skomplikowanej formie. Jednak problem pojawia się wtedy, gdy dyplom staje się ważniejszy niż to, co kompozytor ma do przekazania.
Współczesna scena muzyczna (szczególnie ta poza nurtem stricte akademickim, np. muzyka filmowa czy nowoczesna elektronika) pokazuje, że młodzi ludzie wciąż tworzą genialne rzeczy bez oglądania się na autorytety. Jacob Collier czy Billie Eilish (choć to inne gatunki) udowadniają, że intuicja muzyczna i domowe studio mogą zdziałać cuda. W muzyce klasycznej ten opór jest jednak silniejszy, bo jest ona strażnikiem tradycji, która boi się „nieuprawnionych” intruzów.
Podziw dla Symfonii nr 4 Mozarta powinien być dla nas lekcją pokory. Przypomina nam, że muzyka to przede wszystkim emocje i struktura, która wypływa z wnętrza, a nie tylko z podręczników. Zamiast odmawiać młodym prawa do tworzenia przed ukończeniem studiów, powinniśmy:
Krytycy zachwycają się Mozartem, bo był on „czystym przypadkiem” geniuszu. Może warto częściej dawać szansę współczesnym „przypadkom”, zanim ich zapał zostanie stłamszony przez wymogi formalne i przekonanie, że bez tytułu magistra sztuki nie ma się nic do powiedzenia.