Gość (83.4.*.*)
Często oglądając popularne seriale prawnicze czy paradokumenty, odnosimy wrażenie, że proces karny to widowiskowy pojedynek dwóch równorzędnych rewolwerowców: prokuratora i adwokata. W świecie fikcji obaj mają asy w rękawie, obaj dysponują dowodami, które wyciągają w ostatniej chwili, i obaj wydają się mieć podobny wpływ na bieg wydarzeń. Jednak prawnicy i eksperci często kręcą na to nosem, nazywając taki obraz „półprawdą”. Dlaczego? Ponieważ w rzeczywistości polskiego (i nie tylko) systemu prawnego, te dwie postacie grają w zupełnie inne gry, a ich „narzędziownia” różni się od siebie drastycznie.
W produkcjach telewizyjnych zasada „prokurator oskarża, mecenas broni” jest przedstawiana jako symetryczna walka. Widz odnosi wrażenie, że jeśli mecenas jest wystarczająco sprytny, może zdziałać tyle samo, co prokurator. Krytyka tego podejścia opiera się na fakcie, że media ignorują ogromną dysproporcję sił, jaka istnieje w realnym kodeksie postępowania karnego.
W rzeczywistości prokurator to nie tylko oskarżyciel, ale funkcjonariusz publiczny, za którym stoi cały aparat państwa: policja, biegli sądowi, laboratoria kryminalistyczne i fundusze publiczne. Adwokat natomiast dysponuje jedynie tym, co sam zdoła ustalić, oraz środkami finansowymi swojego klienta. Twierdzenie, że to „równy pojedynek”, jest więc błędem, bo pomija fakt, że jedna strona ma do dyspozycji armię, a druga – często tylko procę.
Wielu teoretyków prawa wskazuje, że obecny system jest wadliwy, ponieważ nie zapewnia realnej „równości broni” (ang. equality of arms). To fundamentalna zasada rzetelnego procesu, która mówi, że każda ze stron powinna mieć rozsądną możliwość przedstawienia swojej sprawy w warunkach, które nie stawiają jej w wyraźnie gorszej sytuacji względem przeciwnika.
W polskim procesie karnym prokurator na etapie przygotowawczym jest „panem i władcą” postępowania. To on decyduje, jakie dowody zebrać, kogo przesłuchać i które wątki pominąć. Obrona często dowiaduje się o zgromadzonym materiale dopiero na samym końcu, co sprawia, że jej rola jest reaktywna, a nie kreacyjna. Gdyby uprawnienia mecenasa były tak szerokie jak prokuratora – gdyby mógł on np. samodzielnie zlecać wiążące ekspertyzy czy mieć realny wpływ na zabezpieczanie śladów od pierwszej minuty – obraz z seriali stałby się rzeczywistością. Obecnie jednak serialowa wizja jest krytykowana, bo maskuje systemowe braki, dając ludziom złudne poczucie, że w sądzie każdy ma takie same szanse.
Warto wspomnieć o ciekawej próbie reformy polskiego prawa karnego z 2015 roku. Wprowadzono wtedy tzw. pełną kontradyktoryjność. Miało być właśnie tak, jak w filmach: sędzia staje się jedynie arbitrem, a prokurator i obrońca toczą spór, sami prezentując dowody. Sędzia nie miał już „szukać prawdy” za wszelką cenę, lecz oceniać to, co przyniosły strony.
Reforma ta została jednak szybko wycofana i wrócono do modelu, w którym to sąd ma obowiązek dążyć do ustalenia prawdy obiektywnej. Dlaczego to ważne w kontekście „półprawdy”? Ponieważ przeciwnicy obecnego systemu twierdzą, że dopóki prawo nie zostanie zmienione w stronę pełnej kontradyktoryjności i dopóki obrońca nie dostanie realnych narzędzi śledczych (np. możliwości przesłuchiwania świadków z taką samą mocą prawną jak prokurator), dopóty serialowe uproszczenia będą szkodliwym mitem.
W systemie amerykańskim, który jest inspiracją dla większości seriali, instytucja „prywatnego detektywa” pracującego dla obrony jest standardem. W Polsce adwokat może korzystać z usług detektywa, ale raport z takich działań nie ma takiej samej wagi jak materiały zebrane przez policję pod nadzorem prokuratora. To właśnie ta subtelna różnica sprawia, że filmowa „walka” w polskich realiach jest często postrzegana jako literacka fikcja.
Argumentacja zawarta w pytaniu sugeruje, że to nie twórcy seriali się mylą, ale system prawny nie dorasta do standardów sprawiedliwości, które instynktownie wyczuwamy jako „właściwe”. Jeśli przyjmiemy, że proces powinien być starciem dwóch równych racji, to obecne przepisy faktycznie tworzą iluzję sprawiedliwości.
Krytyka „półprawdy” w mediach wynika więc z troski o to, by obywatele nie dali się uśpić wizji, w której ich obrońca jest wszechmogący. W rzeczywistości, bez zmiany prawa karnego i wzmocnienia pozycji obrony, mecenas często musi walczyć nie tylko z oskarżeniem, ale i z systemem, który z założenia daje prokuratorowi „większy mikrofon”.
Podsumowując, uproszczenie „prokurator oskarża, mecenas broni” jest krytykowane, bo w obecnym stanie prawnym prokurator oskarża, mając za sobą potęgę państwa, a mecenas broni, próbując przebić się przez mur procedur, które faworyzują oskarżenie. Dopóki te dysproporcje nie zostaną zniesione na poziomie ustawowym, serialowa rzeczywistość pozostanie jedynie atrakcyjną, ale daleką od prawdy bajką.