Gość (83.4.*.*)
W świecie sieci komputerowych, gdzie każdy wolny adres IPv4 jest dziś na wagę złota, istnieje pewien obszar, który od dekad pozostaje niemal nietknięty. Mowa o klasie E, czyli bloku adresów zaczynających się od 240.0.0.0 aż do końca zakresu protokołu (255.255.255.255). Choć mogłoby się wydawać, że w dobie deficytu adresów IP każda wolna przestrzeń powinna zostać natychmiast zagospodarowana, klasa E wciąż pozostaje „zakazaną strefą”. Dlaczego tak się stało i jakie były pierwotne założenia projektantów internetu?
Kiedy w latach 80. projektowano architekturę adresowania klasowego (Classful Network Architecture), podzielono dostępną przestrzeń IPv4 na kilka grup. Klasy A, B i C służyły do normalnej komunikacji w sieciach o różnej wielkości, klasa D została przeznaczona dla multicastingu, natomiast klasa E – obejmująca zakres 240.0.0.0/4 – otrzymała etykietę „Reserved for Future Use” (zarezerwowane do użytku w przyszłości) lub „Experimental”.
W liczbach wygląda to imponująco. Pula ta obejmuje aż 268 435 456 adresów IP. To około 1/16 całej przestrzeni adresowej IPv4. Dla porównania, jest to tyle samo, ile wynosiła cała klasa A, przeznaczona dla największych organizacji na świecie.
Głównym założeniem twórców protokołu IP było stworzenie bufora bezpieczeństwa. W tamtym czasie nikt nie był w stanie przewidzieć, jak dokładnie rozwinie się internet, dlatego postanowiono odłożyć sporą część adresów „na czarną godzinę”.
Skoro adresy IPv4 skończyły się już kilka lat temu (oficjalne pule regionalnych rejestrów internetowych zostały wyczerpane), naturalnym pytaniem jest: dlaczego po prostu nie zaczniemy używać klasy E? Odpowiedź kryje się w sposobie, w jaki przez lata programowano urządzenia sieciowe.
Większość systemów operacyjnych (Windows, Linux, macOS) oraz oprogramowanie routerów i przełączników ma na sztywno zakodowane reguły, które odrzucają pakiety pochodzące z zakresu 240.0.0.0/4 lub do niego kierowane. Dla stosu TCP/IP te adresy są po prostu „nielegalne”.
Próba ich aktywacji w publicznym internecie wiązałaby się z ogromnymi problemami:
Mimo ogólnej blokady, niektóre systemy zaczęły powoli „oswajać” klasę E. Na przykład nowoczesne jądra Linuksa pozwalają na używanie tych adresów w sieciach lokalnych, jeśli zostaną odpowiednio skonfigurowane. Niektóre firmy technologiczne wykorzystują ten zakres wewnętrznie w swoich centrach danych, aby uniknąć konfliktów z typowymi adresami prywatnymi (jak 10.0.0.0/8).
W środowisku inżynierów sieciowych (IETF) wielokrotnie pojawiały się propozycje, aby oficjalnie przekształcić klasę E w przestrzeń adresów prywatnych (podobnie jak 192.168.x.x). Pozwoliłoby to ogromnym korporacjom i dostawcom usług chmurowych na łatwiejsze zarządzanie wewnętrznymi zasobami.
Jednak większość ekspertów uważa, że gra nie jest warta świeczki. Zamiast reanimować stary protokół IPv4 i walczyć z ograniczeniami klasy E, cała energia branży jest kierowana na adopcję IPv6. Nowy protokół oferuje niemal nieskończoną liczbę adresów (~$3,4 \times 10^{38}~#$), co sprawia, że 268 milionów adresów z klasy E wydaje się kroplą w morzu potrzeb.
Podsumowując, klasa E pozostaje fascynującym zabytkiem z czasów, gdy internet był jeszcze projektem akademickim. Choć jej założenia były ambitne, stała się ofiarą własnej „wyjątkowości” i prawdopodobnie na zawsze pozostanie cyfrowym nieużytkiem w publicznej sieci.