Gość (37.30.*.*)
Temat finansowania szczepionek na COVID-19 budzi ogromne emocje i jest źródłem wielu kontrowersji. Często słyszymy głosy, że obywatele zapłacili za te preparaty dwukrotnie: raz, finansując badania z podatków, a drugi raz, kupując gotowy produkt od firm farmaceutycznych. Choć brzmi to jak teoria spiskowa, rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona i opiera się na konkretnych mechanizmach ekonomicznych oraz prawnych, które zostały uruchomione w obliczu globalnego kryzysu.
W momencie wybuchu pandemii świat stanął przed widmem totalnego paraliżu gospodarczego. Tradycyjne opracowanie szczepionki zajmuje zazwyczaj od 10 do 15 lat i wiąże się z ogromnym ryzykiem finansowym – wiele projektów upada na etapie testów klinicznych. Aby przyspieszyć ten proces, rządy najbogatszych państw (głównie USA, Wielka Brytania oraz kraje UE) zdecydowały się zdjąć to ryzyko z barków prywatnych firm.
Zastosowano mechanizm tzw. Advanced Purchase Agreements (APA), czyli umów zakupu z wyprzedzeniem. Państwa przekazały miliardy dolarów i euro na badania i rozwój (R&D) oraz rozbudowę linii produkcyjnych, zanim jeszcze było wiadomo, czy którakolwiek ze szczepionek zadziała. Przykładowo, amerykański program "Operation Warp Speed" zainwestował miliardy w firmy takie jak Moderna czy Johnson & Johnson. W Europie Komisja Europejska również asygnowała ogromne kwoty na zabezpieczenie dostaw dla krajów członkowskich.
To jedno z najtrudniejszych pytań w tej debacie. Mimo że publiczne pieniądze odegrały kluczową rolę, własność intelektualna (patenty) pozostała w rękach koncernów. Dlaczego tak się stało?
W efekcie powstała sytuacja, w której ryzyko finansowe zostało w dużej mierze uspołecznione (pokryte przez podatników), ale zyski z gotowego produktu pozostały prywatne. Według raportów organizacji takich jak Oxfam, firmy Pfizer, BioNTech i Moderna osiągały w szczytowych momentach pandemii ogromne zyski, co stało się zarzewiem debaty o etyce w biznesie medycznym.
Kwestia płacenia za niewykorzystane dawki nie jest mitem – to fakt wynikający z podpisanych kontraktów. Umowy typu APA były konstruowane w taki sposób, aby zagwarantować producentom zbyt określonej liczby sztuk. Państwa zobowiązały się do zakupu konkretnych ilości preparatów, aby firmy miały pewność, że inwestycja w masową produkcję się opłaci.
Kiedy fala zachorowań opadła, a zainteresowanie szczepieniami spadło, kraje zostały z milionami nadmiarowych dawek. Ponieważ kontrakty były wiążące, rządy musiały za nie zapłacić, nawet jeśli szczepionki trafiały do utylizacji z powodu upływu terminu ważności. Polska jest tutaj jaskrawym przykładem – nasz kraj wszedł w spór prawny z koncernem Pfizer, odmawiając przyjęcia i zapłaty za kolejne partie towaru, powołując się na tzw. siłę wyższą (wojnę na Ukrainie i związane z nią koszty). Sprawa ta trafiła na drogę sądową, co pokazuje, jak sztywne i trudne do renegocjacji były pierwotne ustalenia.
Warto wiedzieć, że ceny szczepionek nie były jednolite. Unia Europejska negocjowała stawki wspólnie, co pozwoliło uzyskać niższe ceny niż te, które płaciły kraje kupujące preparaty indywidualnie. Szacuje się, że koszt produkcji jednej dawki jest ułamkiem ceny sprzedaży, jednak koncerny wliczają w nią nie tylko produkcję, ale też koszty logistyki, wcześniejszych badań nad technologią mRNA oraz marżę.
Podsumowując, twierdzenie, że państwa dofinansowały szczepionki, a zyski trafiły do firm, nie jest mitem. To opis faktycznego mechanizmu, który miał miejsce. Jednak interpretacja tego faktu bywa różna:
Problem płacenia za niewykorzystane dawki również jest realny i wynika z twardych zapisów w umowach handlowych, które w momencie podpisywania miały gwarantować bezpieczeństwo dostaw, a po czasie stały się obciążeniem dla budżetów państwowych. Cała ta sytuacja stała się ważną lekcją dla Unii Europejskiej i organizacji międzynarodowych (takich jak WHO), które obecnie pracują nad nowymi traktatami pandemicznymi, mającymi lepiej zabezpieczyć interesy publiczne w przyszłości.