Gość (37.30.*.*)
Patrząc na rynek pracy z perspektywy pięciu dekad, widziałem już niemal wszystko – od czasów, gdy jeden zawód wykonywało się przez całe życie, po dzisiejszą erę „skakania” między branżami co kilka lat. Argument, że zbyt rygorystyczna i długotrwała nauka zawodu jest hamulcem dla kariery i finansowej przyszłości, jest niezwykle ciekawy, ale też nieco podstępny. Wymaga on rozbicia na czynniki pierwsze, bo diabeł – jak zawsze – tkwi w szczegółach i w tym, jak definiujemy „rygor”.
Z matematycznego punktu widzenia każda chwila spędzona w ławce zamiast przy biurku czy warsztacie to czas, w którym nie odprowadzamy składek i nie budujemy stażu. Jeśli proces edukacji jest przeładowany teorią, która nie przystaje do rzeczywistości, to faktycznie mamy do czynienia z marnotrawstwem potencjału. Osoba wchodząca na rynek pracy w wieku 26 lat, po bardzo rygorystycznych, ale mało praktycznych studiach, zaczyna z tego samego poziomu co 20-latek po krótkim kursie, ale jest o 6 lat „do tyłu” w kontekście doświadczenia.
Jednak z mojej praktyki wynika coś innego: rygor w nauce zawodu, jeśli rozumiemy go jako dążenie do mistrzostwa i głębokie zrozumienie fundamentów, jest najlepszą polisą ubezpieczeniową. W świecie, gdzie technologie zmieniają się co sezon, osoba z „płytkimi” kwalifikacjami pierwsza wypada z obiegu. Ktoś, kto poświęcił czas na rzetelne opanowanie rzemiosła – czy to w medycynie, inżynierii, czy zaawansowanym stolarstwie – buduje fundament, który pozwala na znacznie szybszy awans w późniejszych latach. To klasyczny bieg długodystansowy: wolniejszy start, ale znacznie większa prędkość przelotowa w połowie trasy.
Teza, że rygorystyczna nauka spowalnia awans, jest prawdziwa tylko w krótkim terminie. Rzeczywiście, ktoś, kto szybciej „wskoczy” do firmy, może szybciej zostać młodszym specjalistą. Ale to właśnie brak solidnych podstaw często staje się szklanym sufitem na etapie wyższej kadry zarządzającej lub eksperckiej.
Zauważyłem, że osoby, które przeszły przez gęste sito rygorystycznego kształcenia, rzadziej popełniają kosztowne błędy i lepiej radzą sobie z sytuacjami kryzysowymi. Na dłuższą metę to one wygrywają wyścig o najwyższe stanowiska, ponieważ ich autorytet opiera się na wiedzy, a nie tylko na stażu. W efekcie ich krzywa zarobków po 35. roku życia często gwałtownie rośnie, co z nawiązką rekompensuje te kilka lat „straconych” na naukę.
To najbardziej kontrowersyjny punkt. Systemy emerytalne w większości krajów, w tym w Polsce, opierają się na sumie zgromadzonych składek. Na pierwszy rzut oka: im dłużej pracujesz, tym więcej masz. Jednak wysokość składki zależy od wysokości zarobków.
Spójrzmy na to przez pryzmat prostego porównania:
Mimo że osoba B pracuje o 7 lat krócej, suma jej składek odprowadzonych do systemu może być znacznie wyższa niż osoby A. Kluczem nie jest więc sam czas przebywania na rynku pracy, ale efektywność ekonomiczna tego czasu. Rygorystyczna nauka zawodu powinna być traktowana jako inwestycja kapitałowa – zamrażamy środki (i czas) teraz, by uzyskać wyższą stopę zwrotu w przyszłości.
Jako praktyk muszę jednak przyznać rację krytykom w jednej kwestii: rygor nie może oznaczać skostnienia. Jeśli system nauki zawodu jest rygorystyczny tylko dlatego, że opiera się na programach sprzed 20 lat, to faktycznie mamy problem. W takim przypadku uczeń traci czas na naukę nieaktualnych procedur, co opóźnia jego wejście do nowoczesnej gospodarki.
Dzisiejszy rynek pracy potrzebuje modelu hybrydowego. Idealnym rozwiązaniem, które obserwowałem w najlepiej funkcjonujących gospodarkach, jest system dualny – rygorystyczna nauka teorii połączona z natychmiastową praktyką. Dzięki temu młody człowiek nie czeka do 25. roku życia na kontakt z zawodem, ale od pierwszych lat nauki buduje swój kapitał emerytalny i doświadczenie, nie rezygnując z wysokich standardów kształcenia.
Warto wiedzieć, że w polskim systemie prawnym okres nauki w szkole wyższej (pod warunkiem jej ukończenia) wlicza się do stażu pracy, od którego zależy np. wymiar urlopu wypoczynkowego. Pięć lat studiów liczy się jako osiem lat stażu pracy. Choć nie przekłada się to bezpośrednio na wysokość składki emerytalnej (bo w tym czasie nie wpływały pieniądze do ZUS), to pokazuje, że ustawodawca dostrzega wartość czasu poświęconego na naukę i stara się „rekompensować” późniejsze wejście na rynek pracy w innych aspektach prawa pracy.
Podsumowując, rygorystyczna nauka zawodu to nie jest „strata czasu”, o ile ten rygor dotyczy jakości i aktualności wiedzy. Prawdziwym zagrożeniem dla emerytury i kariery nie jest zbyt długa nauka, ale nauka rzeczy nieprzydatnych lub brak chęci do dalszego rozwoju po zakończeniu formalnej edukacji. Rynek pracy to maraton, a w maratonie rzetelne przygotowanie na starcie zawsze procentuje na ostatnich kilometrach.