Gość (185.132.*.*)
Pytanie o to, czy człowiek może „pojechać jak tramwaj”, dotykając jednocześnie przewodów trakcyjnych i stojąc na szynach, pojawia się czasem w głowach ciekawskich obserwatorów miejskiej infrastruktury. Choć wizja sunięcia po szynach niczym superbohater może wydawać się kusząca w teorii, rzeczywistość fizyczna jest brutalna i, niestety, tragiczna w skutkach. Odpowiedź brzmi: nie, nie pojedziesz jak tramwaj. Zamiast stać się środkiem transportu, staniesz się elementem obwodu elektrycznego, co kończy się natychmiastową śmiercią lub kalectwem.
Zanim przejdziemy do tego, co stałoby się z człowiekiem, warto zrozumieć, dlaczego tramwaj w ogóle jedzie. System zasilania tramwajowego opiera się na zamkniętym obwodzie elektrycznym. Prąd płynie z podstacji trakcyjnej do przewodu jezdnego (tego drutu nad torami), stamtąd przez pantograf trafia do silników tramwaju, a następnie wraca przez koła i szyny z powrotem do źródła.
Kluczowym elementem jest tutaj silnik elektryczny. To on zamienia energię elektryczną na energię mechaniczną, wprawiając koła w ruch. Tramwaj jest zaprojektowany tak, aby przyjąć ogromną moc i przekształcić ją w konkretne działanie. Człowiek, niestety, nie posiada wbudowanego silnika ani kół o niskim współczynniku tarcia.
Kiedy staniesz na szynach i dotkniesz przewodu trakcyjnego, zamkniesz obwód elektryczny własnym ciałem. Prąd wybierze najkrótszą i najłatwiejszą drogę do ziemi, przechodząc przez Twoje ręce, klatkę piersiową (w tym serce) i nogi prosto do szyn.
Zamiast ruchu mechanicznego, nastąpi gwałtowny przepływ energii, który zamieni się w ciepło. Ludzkie ciało stawia opór elektryczny, a przepływ prądu o tak wysokim natężeniu powoduje natychmiastowe zwęglenie tkanek, parowanie płynów ustrojowych i zatrzymanie akcji serca. Nie ma tu mowy o żadnym „ślizganiu się” po szynach – mięśnie pod wpływem prądu kurczą się tak gwałtownie, że prawdopodobnie nie byłbyś w stanie nawet drgnąć w pożądanym kierunku, a Twoje dłonie mogłyby zacisnąć się na przewodzie w śmiertelnym uścisku.
Aby zrozumieć skalę niebezpieczeństwa, posłużmy się prawem Ohma. Pozwala ono obliczyć natężenie prądu, jakie przepłynie przez ciało człowieka w takiej sytuacji.
Dane:
Wzór:
Zgodnie z prawem Ohma:
$$I = \frac{U}{R}$$
Gdzie:
Obliczenia:
$$I = \frac{600\text{ V}}{1000\text{ }\Omega} = 0,6\text{ A}$$
Wynik:
Przez ciało przepłynie prąd o natężeniu 0,6 A, czyli 600 mA (miliamperów).
Dla porównania:
Często pojawia się pytanie: skoro to takie groźne, to dlaczego ptaki siedzą na przewodach i nic im się nie dzieje? Odpowiedź tkwi w różnicy potencjałów. Ptak dotyka tylko jednego przewodu i nie ma kontaktu z ziemią ani z innym przewodem o innym napięciu. Prąd nie ma „powodu”, by płynąć przez ptaka, bo nie ma on gdzie „ujść”. Gdyby jednak ptak był na tyle duży (np. bocian), by jednocześnie dotknąć przewodu i słupa trakcyjnego (który jest uziemiony), zginąłby na miejscu, tak samo jak człowiek dotykający szyn i drutów.
Warto dodać, że o ile w tramwajach mamy „tylko” 600 V, o tyle w polskiej sieci kolejowej (pociągi PKP) napięcie w trakcji wynosi aż 3000 V DC. W takim przypadku natężenie prądu płynącego przez człowieka byłoby pięciokrotnie większe (ok. 3 A), co powoduje niemal natychmiastową karbonizację tkanek. Co więcej, przy tak wysokim napięciu nie trzeba nawet dotykać drutu – prąd może „przeskoczyć” na człowieka w formie łuku elektrycznego, jeśli ten znajdzie się zbyt blisko (np. wchodząc na dach wagonu).
Podsumowując, fizyka jest nieubłagana: człowiek nie posiada odpowiedniej konstrukcji, by zamienić energię elektryczną z trakcji w ruch. Zamiast przejażdżki, taki eksperyment kończy się tragicznie w ułamku sekundy. Trakcja elektryczna to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w przestrzeni miejskiej i należy trzymać się od niej z daleka.