Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie słoneczne popołudnie w Neapolu lub jakimkolwiek innym mieście położonym u stóp drzemiącego olbrzyma. Nagle ziemia zaczyna drżeć, a z wierzchołka góry wystrzeliwuje słup popiołu, który w ciągu kilku minut przesłania słońce. Erupcja Wezuliusza z 79 roku n.e., która pogrzebała Pompeje i Herkulanum, jest dla wulkanologów punktem odniesienia dla tzw. erupcji pliniańskich. Gdyby do takiego zdarzenia doszło dzisiaj, skutki byłyby katastrofalne nie tylko w skali lokalnej, ale i kontynentalnej.
W skali VEI (Volcanic Explosivity Index), która mierzy siłę wybuchów wulkanów, erupcja z 79 roku oceniana jest na 5 stopień. To skala logarytmiczna, co oznacza, że każdy kolejny stopień jest dziesięciokrotnie silniejszy od poprzedniego. Wybuch o sile 5 to zdarzenie określane jako „bardzo duże”, podczas którego do atmosfery trafia ponad 1 kilometr sześcienny materiału wulkanicznego.
Dla porównania, słynny wybuch wulkanu Mount St. Helens w 1980 roku również miał siłę VEI 5. Choć wydaje się, że 1 km³ to niedużo w skali planety, to sposób, w jaki ten materiał zostaje uwolniony, decyduje o skali zniszczeń.
W pierwszej fazie erupcji pliniańskiej wulkan wyrzuca kolumnę gazów i pyłów na wysokość nawet 20–30 kilometrów. To, co dzieje się później, zależy od wiatru. W przypadku starożytnych Pompejów, wiatr niósł popiół prosto na miasto.
Dzisiaj taki opad popiołu spowodowałby natychmiastowy paraliż komunikacyjny. Warstwa pyłu o grubości zaledwie kilku centymetrów sprawia, że drogi stają się śliskie jak lód, a silniki samochodowe i lotnicze ulegają zatarciu. Przy grubości powyżej 20–30 cm dachy budynków zaczynają się zapadać pod ciężarem materiału, zwłaszcza jeśli spadnie na niego deszcz, drastycznie zwiększając jego masę.
Najbardziej przerażającym skutkiem pełnoskalowej erupcji nie jest jednak popiół, lecz spływy piroklastyczne. Kiedy kolumna erupcyjna staje się zbyt ciężka, by utrzymać się w powietrzu, zapada się i gwałtownie spływa po zboczach wulkanu.
To mieszanina gorących gazów, popiołu i odłamków skalnych, która porusza się z prędkością przekraczającą 100-200 km/h. Temperatura wewnątrz takiego potoku może sięgać 600-1000 stopni Celsjusza. W 79 roku to właśnie te lawiny gorąca zabiły mieszkańców Herkulanum i Pompejów w ułamku sekundy, powodując natychmiastowy szok termiczny. Współcześnie, przy gęstej zabudowie wokół wulkanów takich jak Wezuliusz, ewakuacja setek tysięcy ludzi w obliczu spływu piroklastycznego byłaby największym wyzwaniem logistycznym w historii.
Gdyby Wezuliusz wybuchł dzisiaj z taką samą siłą, Europa odczułaby to niemal natychmiast. Pył wulkaniczny jest niezwykle groźny dla lotnictwa – drobinki szkliwa wulkanicznego mogą stopić się wewnątrz silników odrzutowych, prowadząc do ich awarii. Pamiętamy paraliż nieba nad Europą w 2010 roku po wybuchu islandzkiego Eyjafjallajökull (który był znacznie słabszy, VEI 4). Erupcja o sile 5 mogłaby uziemić loty na całym kontynencie na wiele tygodni.
Dodatkowo pył wulkaniczny niszczy transformatory i linie wysokiego napięcia, co prowadziłoby do masowych blackoutów. Rolnictwo w promieniu kilkuset kilometrów zostałoby zrujnowane na co najmniej jeden sezon, co wywołałoby gwałtowny wzrost cen żywności.
Wybuch o sile VEI 5 ma zazwyczaj charakter regionalny, ale może wpłynąć na lokalne warunki pogodowe. Aby doszło do globalnego ochłodzenia (tzw. zimy wulkanicznej), erupcja musiałaby być silniejsza (VEI 6 lub 7, jak w przypadku wulkanu Tambora w 1815 roku) i wyrzucić do stratosfery ogromne ilości dwutlenku siarki.
Mimo to, drobny pył unoszący się w atmosferze po wybuchu o sile Wezuliusza mógłby spowodować spektakularne, krwistoczerwone zachody słońca na całym świecie przez wiele miesięcy, co jest efektem rozpraszania światła na cząsteczkach aerozolu.
Wokół dzisiejszego Wezuliusza wyznaczono tzw. „Czerwoną Strefę” (Zona Rossa). Mieszka w niej około 600 tysięcy osób. W przypadku sygnałów o nadchodzącej erupcji, plan zakłada całkowitą ewakuację tego obszaru w ciągu 72 godzin. Jest to jeden z najbardziej monitorowanych obszarów na świecie, ponieważ Wezuliusz jest jedynym aktywnym wulkanem na kontynentalnej części Europy, który w przeszłości wykazywał tak niszczycielską siłę.
Dziś, w przeciwieństwie do starożytnych Rzymian, dysponujemy siecią sejsmografów, czujników gazu i pomiarów satelitarnych (GPS), które śledzą każdy „oddech” wulkanu. Wiemy, że przed dużym wybuchem magma przemieszczająca się pod ziemią powoduje setki małych wstrząsów i deformację gruntu. Choć nie potrafimy powstrzymać erupcji, nowoczesna technologia daje nam bezcenny czas na ucieczkę, co jest kluczowe, biorąc pod uwagę, że skutki pełnoskalowego wybuchu byłyby dziś znacznie bardziej kosztowne i skomplikowane niż dwa tysiące lat temu.