Gość (37.30.*.*)
André Rieu, znany na całym świecie jako „Król Walca”, to postać, która budzi skrajne emocje. Z jednej strony mamy miliony oddanych fanów, którzy wypełniają stadiony od Maastricht po Meksyk, a z drugiej – surowych krytyków muzycznych, którzy na dźwięk jego nazwiska dostają gęsiej skórki. Spór ten nie dotyczy tylko samej techniki gry, ale przede wszystkim filozofii tego, czym powinna być muzyka klasyczna i dla kogo jest przeznaczona.
Głównym zarzutem stawianym André Rieu jest to, co eksperci nazywają „populizmem muzycznym”. Krytycy uważają, że artysta sprowadza wielką sztukę do poziomu łatwej, lekkiej i przyjemnej rozrywki, pozbawiając ją głębi oraz intelektualnego wyzwania. W świecie muzyki poważnej istnieje silne przekonanie, że wybitne dzieła – takie jak symfonie Mahlera czy opery Wagnera – wymagają od słuchacza skupienia, pewnej wiedzy i emocjonalnego wysiłku.
Rieu natomiast wybiera drogę na skróty. Jego repertuar to głównie „the best of” muzyki klasycznej: znane walce Straussa, fragmenty operetek, tematy filmowe, a nawet hity muzyki pop w aranżacji na orkiestrę. Dla purystów jest to „muzyczny fast food” – smaczny, ale pozbawiony wartości odżywczych, który przyzwyczaja publiczność do tego, że muzyka ma być tylko tłem do dobrej zabawy, a nie przeżyciem duchowym.
Kolejnym punktem zapalnym jest oprawa wizualna występów Johanna Strauss Orchestra. Koncerty Rieu to gigantyczne produkcje z kolorowymi sukniami, humorem, konfetti i wspólnym śpiewaniem. Krytycy twierdzą, że to „kicz w czystej postaci”, który odciąga uwagę od samej muzyki. W tradycyjnej filharmonii panuje cisza, skupienie i niemal sakralna atmosfera. U Rieu publiczność pije wino, tańczy w przejściach i klaszcze w rytm muzyki.
Dla elitarnych krytyków takie podejście jest profanacją. Uważają oni, że wielki artysta powinien edukować publiczność i podnosić jej poprzeczkę, zamiast schlebiać najniższym gustom. Zarzucają mu, że tworzy iluzję obcowania z wysoką kulturą, podczas gdy w rzeczywistości serwuje produkt czysto komercyjny, skrojony pod masową sprzedaż biletów i płyt DVD.
Warto jednak spojrzeć na ten konflikt z drugiej strony. André Rieu często powtarza w wywiadach, że jego misją jest „zburzenie murów”, które narosły wokół muzyki klasycznej. Twierdzi, że elity celowo uczyniły z tej sztuki coś niedostępnego i sztywnego, co odstrasza zwykłych ludzi.
Argumenty fanów i obrońców Rieu często opierają się na następujących punktach:
Produkcja koncertów Rieu to ogromne przedsięwzięcie logistyczne. Artysta podróżuje z własną sceną, która jest repliką zamku Schönbrunn, a jego zespół liczy ponad 100 osób (wliczając muzyków, chór, solistów i obsługę techniczną). Koszty utrzymania tak wielkiej machiny są gigantyczne, co wymusza na artyście granie koncertów, które na pewno się wyprzedadzą – stąd też bezpieczny, popularny repertuar.
Spór o André Rieu to w rzeczywistości odwieczna debata o definicję sztuki. Czy artysta ma być przewodnikiem, który pokazuje nam trudne i nieodkryte szlaki, czy może ma być przyjacielem, który umila nam czas znanymi melodiami?
Krytycy mają rację w jednym: koncerty Rieu nie zastąpią głębokiego studiowania dzieł mistrzów baroku czy romantyzmu. Jednak zarzut, że publiczność „nie zna się na prawdziwej muzyce”, jest przez wielu uważany za przejaw snobizmu. Muzyka, zanim trafiła do sterylnych sal koncertowych, często pełniła funkcję użytkową i rozrywkową – sam Johann Strauss, na którego dziedzictwie Rieu buduje swoją karierę, był w swoich czasach uważany za „króla popu”, a jego walce grano w kawiarniach i na balach, a nie tylko w świątyniach sztuki.
Ostatecznie André Rieu wypełnia lukę, której tradycyjne instytucje kultury często nie potrafią zagospodarować. Dostarcza rozrywki na wysokim poziomie realizacyjnym, która dla wielu jest bramą do świata klasyki, a dla innych po prostu miłym sposobem na spędzenie wieczoru. Czy to czyni go „mniejszym” artystą? To już zależy od tego, czego szukamy w muzyce: wyzwania dla umysłu czy ukojenia dla serca.