Gość (37.30.*.*)
Historia polskiej muzyki współczesnej pełna jest fascynujących kontrastów, a relacja między „sztuką wysoką” a twórczością użytkową to jeden z jej najciekawszych rozdziałów. Witold Lutosławski i Wojciech Kilar to dwaj giganci, których dzieliło nie tylko podejście do kompozycji, ale przede wszystkim sposób postrzegania własnego wizerunku i roli artysty w społeczeństwie. Choć obaj musieli mierzyć się z prozą życia i potrzebami finansowymi, ich strategie radzenia sobie z „lżejszym” repertuarem były skrajnie różne.
Witold Lutosławski, postać posągowa i niezwykle dystyngowana, przez lata ukrywał fakt, że pisał piosenki taneczne, foxtroty i tanga. Robił to pod pseudonimem Derwid. Dlaczego tak bardzo zależało mu na anonimowości? Odpowiedź kryje się w niezwykle surowym etosie artystycznym, który wyznawał. Dla Lutosławskiego muzyka była misją, niemalże sacrum. W tamtych czasach (mówimy głównie o latach 50. i 60. XX wieku) środowisko kompozytorskie było bardzo zhierarchizowane. Istniał wyraźny podział na muzykę „poważną”, która miała przesuwać granice awangardy, oraz „rozrywkową”, traktowaną jako coś gorszego, jarmarcznego.
Lutosławski pisał piosenki (takie jak słynny „Warszawski dorożkarz” czy „Nie oczekuję dziś nikogo”) głównie z powodów ekonomicznych. Po wojnie sytuacja finansowa artystów była trudna, a zamówienia na wielkie dzieła symfoniczne nie spływały codziennie. Jednak jako twórca dążący do perfekcji w każdym detalu swojej „właściwej” twórczości, czuł, że romanse z muzyką lekką mogą nadszarpnąć jego autorytet jako lidera polskiej awangardy. Pseudonim był więc tarczą, która pozwalała mu oddzielić rzemiosło zarobkowe od sztuki przez wielkie „S”.
Zupełnie inaczej do tematu podchodził Wojciech Kilar. Choć on również wywodził się z nurtu awangardowego (wystarczy wspomnieć jego głośne „Riff 62”), w pewnym momencie swojej kariery stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych kompozytorów filmowych na świecie. Kilar nigdy nie ukrywał, że pisanie muzyki do filmów to dla niego sposób na luksusowe życie. Mówił wprost: „Piszę muzykę filmową dla pieniędzy, żeby móc w spokoju pisać mszę czy symfonię”.
Kilar miał niezwykle zdrowe podejście do swojego zawodu. Rozróżniał twórczość (dzieła autonomiczne, pisane z potrzeby serca) od rzemiosła (muzyka do filmu, gdzie kompozytor jest usługodawcą zależnym od wizji reżysera). Nie czuł potrzeby ukrywania się pod pseudonimem, ponieważ uważał, że dobrze wykonana praca rzemieślnicza nie przynosi ujmy artyście. Co więcej, potrafił wnieść do kina taką jakość, że jego tematy z „Draculi” Francisa Forda Coppoli czy „Pianisty” Romana Polańskiego stały się ikonami kultury popularnej, nie tracąc przy tym artystycznej głębi.
Różnica między Lutosławskim a Kilarem wynikała z kilku kluczowych czynników:
Co ciekawe, piosenki, których Lutosławski tak bardzo się „wstydził”, przetrwały próbę czasu znakomicie. Dziś nikt nie patrzy na nie z pogardą. Wręcz przeciwnie – współcześni artyści, tacy jak grupa Meccore String Quartet czy piosenkarka Aga Zaryan, chętnie sięgają po repertuar Derwida, odkrywając w tych lekkich utworach niesamowitą elegancję i warsztatowy kunszt, którego Lutosławski nie potrafił (lub nie chciał) całkowicie porzucić nawet w muzyce tanecznej.
| Cecha | Witold Lutosławski (Derwid) | Wojciech Kilar |
|---|---|---|
| Stosunek do muzyki użytkowej | Traktowana jako konieczność, ukrywana. | Traktowana jako szlachetne rzemiosło. |
| Pseudonim | Tak (Derwid). | Nie, pisał pod własnym nazwiskiem. |
| Główna motywacja | Przetrwanie finansowe w trudnych czasach. | Finansowanie wolności twórczej. |
| Postrzeganie przez środowisko | Strażnik powagi i czystości formy. | Mistrz łączący sacrum z profanum. |
Ostatecznie obaj kompozytorzy wygrali walkę o pamięć potomnych. Lutosławski pozostał symbolem intelektualnej głębi, a Kilar udowodnił, że można tworzyć dla Hollywood, nie tracąc przy tym duszy wielkiego kompozytora koncertowego. Ich odmienne drogi pokazują, że w sztuce nie ma jednej słusznej recepty na zachowanie integralności – czasem jest nią maska, a czasem pełna, szczera otwartość.