Gość (37.30.*.*)
Pytanie o to, dlaczego świat muzyki klasycznej wydaje się tak mocno przywiązany do przeszłości i tradycyjnych metod wykonawczych, dotyka samych fundamentów tej branży. Choć kwestie finansowe i edukacyjne grają tu istotną rolę, rzeczywistość jest nieco bardziej złożona niż tylko chęć oszczędności na tantiemach czy lęk przed nową technologią. Przyjrzyjmy się bliżej, jak mechanizmy rynkowe i specyfika techniki wokalnej kształtują to, co słyszymy w filharmoniach i operach.
Faktem jest, że utwory kompozytorów takich jak Bach, Mozart czy Beethoven znajdują się w domenie publicznej. Oznacza to, że od ich śmierci minęło ponad 70 lat, więc prawa autorskie wygasły. Z perspektywy organizatora koncertów lub wytwórni płytowej jest to ogromna zaleta – nie trzeba płacić tantiem za samo wykonanie utworu (choć nadal trzeba płacić wykonawcom i często wnosić opłaty za wypożyczenie profesjonalnych materiałów nutowych od wydawnictw).
Jednak sprowadzanie popularności klasyków wyłącznie do braku opłat byłoby uproszczeniem. Głównym czynnikiem komercyjnym jest tutaj popyt publiczności. Instytucje kultury, takie jak filharmonie, działają w dużej mierze w oparciu o sprzedaż biletów. Statystyczny słuchacz chętniej kupi bilet na „V Symfonię” Beethovena niż na awangardowe dzieło współczesnego kompozytora, którego nazwiska nie potrafi wymówić. To swoiste błędne koło: promuje się to, co znane, bo to się sprzedaje, a to, co się sprzedaje, staje się jeszcze bardziej znane.
Warto też wiedzieć, że współczesna muzyka klasyczna (tzw. muzyka nowa) jest wykonywana, ale często wymaga ona od muzyków zupełnie innych umiejętności, a od słuchacza – dużego skupienia i otwartości, co czyni ją produktem niszowym.
Kwestia niechęci do mikrofonów w muzyce klasycznej, a zwłaszcza w operze, jest fascynującym zagadnieniem z pogranicza fizyki i fizjologii. Teza, że nauczyciele nie chcą się uczyć nowej techniki, zawiera ziarno prawdy, ale klucz leży w samym definicji śpiewu klasycznego.
Śpiew operowy powstał jako sztuka akustycznego pokonywania orkiestry. Przez stulecia wypracowano technikę, która pozwala ludzkiemu głosowi „nieść się” nad kilkudziesięcioosobowym składem instrumentów bez żadnego wzmocnienia. Wykorzystuje się do tego tzw. formant śpiewaczy – wzmocnienie określonych częstotliwości (ok. 3000 Hz), które sprawiają, że głos staje się przenikliwy i słyszalny w dużej sali.
Oto dlaczego mikrofon zmienia zasady gry:
W akustyce istnieje tzw. efekt Haasa (efekt pierwszeństwa). Jeśli dźwięk dociera do nas z dwóch źródeł (np. bezpośrednio od śpiewaka i z głośnika), nasz mózg lokalizuje źródło tam, skąd dźwięk dotarł jako pierwszy. W źle nagłośnionych salach operowych widzowie mogą mieć wrażenie, że głos dobiega z boku, a nie od artysty stojącego na scenie, co powoduje dysonans poznawczy i psuje odbiór spektaklu.
Nauczyciele śpiewu faktycznie kształcą w oparciu o wzorce, które nie uwzględniają elektroniki. Nie wynika to jednak z lenistwa, lecz z faktu, że śpiew klasyczny z definicji jest sztuką akustyczną. Gdybyśmy wprowadzili mikrofony na stałe, granica między operą a musicalem czy popem uległaby zatarciu.
Współcześnie jednak granice te powoli miękną. Wiele produkcji typu „crossover” czy wielkie koncerty stadionowe (jak słynni Trzej Tenorzy) korzystają z zaawansowanych systemów nagłośnieniowych. Realizatorzy dźwięku dążą wtedy do tego, by wzmocnienie było „przezroczyste” – czyli by słuchacz miał wrażenie, że słyszy naturalny głos, tylko głośniej.
Podsumowując, dominacja klasyków to wypadkowa bezpieczeństwa finansowego (brak tantiem + gwarantowana frekwencja), a opór wobec mikrofonów to dbałość o unikalną, fizyczną sprawność ludzkiego głosu, która bez technologii cyfrowej potrafi wypełnić ogromne przestrzenie. To właśnie ta „magia” braku kabli jest jednym z głównych powodów, dla których ludzie wciąż kupują bilety do filharmonii.