Gość (37.30.*.*)
Dyskusja na temat tego, czy wzrost statystyk dotyczących zachorowań wynika z realnego pogorszenia stanu zdrowia społeczeństwa, czy jedynie z „przesuwania kresek” w tabelach diagnostycznych, jest jednym z najciekawszych wyzwań w nowoczesnej medycynie. Jako lekarz często spotykam się z argumentem, że obniżanie norm – na przykład dla ciśnienia tętniczego czy poziomu cholesterolu – to sposób na sztuczne generowanie pacjentów. Prawda jest jednak znacznie bardziej złożona i opiera się na twardych danych naukowych, a nie na chęci zapełnienia poczekalni.
Warto zacząć od wyjaśnienia, że normy w medycynie nie są ustalane raz na zawsze. Ewoluują one wraz z postępem wiedzy medycznej i wynikami wieloletnich badań obserwacyjnych. Kiedyś za „normalne” ciśnienie u osoby starszej uznawano wartość 100 plus wiek – czyli 170 mmHg u siedemdziesięciolatka było akceptowalne. Dziś wiemy, że takie podejście było prostą drogą do udarów i zawałów.
Zmiana norm, np. obniżenie progu rozpoznania nadciśnienia tętniczego z 140/90 mmHg na 130/80 mmHg (co wprowadziły niektóre towarzystwa kardiologiczne, jak amerykańskie AHA/ACC), nie wynika z kaprysu. Jest efektem badań takich jak SPRINT (Systolic Blood Pressure Intervention Trial). Wykazały one jednoznacznie, że pacjenci utrzymujący niższe wartości ciśnienia rzadziej umierają z przyczyn sercowo-naczyniowych. Zatem zmiana normy to nie „produkcja chorych”, ale próba wcześniejszej identyfikacji osób z grupy ryzyka, zanim dojdzie do nieodwracalnych uszkodzeń narządów.
Twierdzenie, że wzrost liczby chorych to tylko kwestia definicji, jest tylko połową prawdy. Owszem, jeśli zmienimy definicję, z dnia na dzień przybędzie nam milion pacjentów w skali kraju. Jednak nie można ignorować faktu, że realna zapadalność na choroby cywilizacyjne faktycznie rośnie.
Przyczyną tego stanu rzeczy są czynniki środowiskowe i behawioralne, których nie da się przypisać jedynie zmianom w wytycznych:
Zatem mamy do czynienia z efektem synergii: z jednej strony lepiej i wcześniej diagnozujemy (dzięki nowym normom), a z drugiej – faktycznie chorujemy częściej z powodu stylu życia.
Najczęstszym lękiem pacjentów związanym ze zmianą norm jest obawa przed natychmiastowym włączeniem farmakoterapii. Tutaj pojawia się kluczowa rola lekarza w komunikacji. Rozpoznanie nadciśnienia przy wartościach np. 135/85 mmHg u osoby bez dodatkowych obciążeń nie oznacza automatycznie recepty na leki.
W medycynie opartej na faktach (EBM) pierwszym krokiem w takich przypadkach jest zazwyczaj niefarmakologiczna modyfikacja stylu życia. Nowe normy mają być „żółtym światłem”, sygnałem ostrzegawczym, który daje pacjentowi czas na reakcję. Dzięki temu, że nazywamy dany stan „chorobą” lub „stanem przedchorobowym” wcześniej, możemy uniknąć leczenia powikłań w przyszłości. To czysta profilaktyka, a nie chęć zysku koncernów farmaceutycznych.
W medycynie istnieje zjawisko zwane paradoksem diagnostycznym. Im lepsze mamy narzędzia (czulsze testy laboratoryjne, dokładniejsze aparaty do mierzenia ciśnienia, lepsze obrazowanie), tym więcej wykrywamy nieprawidłowości. W przeszłości wiele osób umierało na „starcze uwiąd” lub „nagle”, podczas gdy dziś wiemy, że przyczyną było nieleczone nadciśnienie lub cukrzyca. Wzrost statystyk jest więc paradoksalnie dowodem na postęp medycyny – rzadziej pozwalamy chorobom rozwijać się w ukryciu aż do tragicznego finału.
Odpowiadając na argument o „zmianie norm”, warto posłużyć się analogią do bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Jeśli obniżamy dopuszczalną prędkość w terenie zabudowanym z 60 km/h na 50 km/h, to nie dlatego, że chcemy wystawić więcej mandatów, ale dlatego, że badania pokazują, iż przy 50 km/h szanse pieszego na przeżycie wypadku są drastycznie większe.
Podobnie jest z ciśnieniem czy cukrem. Obniżanie norm to przesuwanie granicy bezpieczeństwa. To, że dziś więcej osób mieści się w definicji „chorego”, oznacza, że więcej osób otrzymuje szansę na interwencję wtedy, gdy jest ona najskuteczniejsza i najmniej obciążająca dla organizmu.