Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas ma wrażenie, że jeszcze kilka lat temu korzystanie z internetu było prostsze, szybsze i – co najważniejsze – bardziej przewidywalne. Dzisiaj otwarcie przeglądarki często wiąże się z walką z wyskakującymi powiadomieniami, wszechobecnymi reklamami i funkcjami, o które nikt nie prosił. Choć technologia idzie do przodu, komfort użytkownika zdaje się schodzić na dalszy plan. Dlaczego tak się dzieje i czy widać światełko w tunelu?
Głównym powodem, dla którego przeglądarki stają się coraz mniej przyjazne, jest model biznesowy ich twórców. Najpopularniejsza przeglądarka na świecie, Google Chrome, należy do giganta, którego głównym źródłem dochodu są reklamy. To rodzi konflikt interesów. Z jednej strony użytkownik chce prywatności i braku reklam, z drugiej – producent chce wiedzieć o nas jak najwięcej, by skuteczniej sprzedawać przestrzeń reklamową.
Przykładem tego zjawiska jest wprowadzenie standardu Manifest V3. Oficjalnie ma on poprawić bezpieczeństwo i wydajność, ale w praktyce znacznie ogranicza możliwości popularnych rozszerzeń blokujących reklamy (adblockerów). Dla przeciętnego użytkownika oznacza to więcej niechcianych treści i mniejszą kontrolę nad tym, co wyświetla się na ekranie.
Kiedyś przeglądarka służyła po prostu do wyświetlania stron WWW. Dzisiaj producenci próbują zamienić ją w kombajn do wszystkiego. Wbudowane portfele kryptowalutowe, asystenci zakupowi, agresywnie promowane narzędzia AI czy paski boczne z newsami – to wszystko sprawia, że interfejs staje się ciężki i nieczytelny.
Zjawisko to nazywamy „bloatware”. Każda nowa funkcja to dodatkowy kod, który obciąża procesor i pamięć RAM. W efekcie, mimo posiadania nowoczesnego komputera, możemy odnosić wrażenie, że przeglądarka „muli”. Zamiast skupić się na szybkości renderowania stron, firmy walczą o to, by zatrzymać nas w swoim ekosystemie jak najdłużej, serwując nam dodatkowe usługi.
Współczesne przeglądarki stosują proces izolacji kart (sandboxing). Oznacza to, że każda otwarta karta działa jako osobny proces w systemie. Jest to świetne dla bezpieczeństwa (jeśli jedna karta się zawiesi, cała przeglądarka działa dalej), ale zabójcze dla pamięci RAM. Przy kilkunastu otwartych kartach przeglądarka może zużywać więcej zasobów niż profesjonalny program do obróbki grafiki.
Większość przeglądarek oferuje „tryb incognito” lub „prywatny”, ale dla wielu użytkowników ich działanie jest mylące. Te tryby nie sprawiają, że stajemy się niewidzialni w sieci – zapobiegają jedynie zapisywaniu historii przeglądania na lokalnym urządzeniu. Dostawcy internetu, właściciele stron i sami twórcy przeglądarek nadal mogą zbierać o nas dane.
Coraz trudniej jest też zarządzać plikami cookies. Choć prawo wymusza na stronach wyświetlanie zgód, proces ten stał się tak uciążliwy (tzw. „cookie fatigue”), że większość z nas klika „akceptuj wszystko” tylko po to, by móc przeczytać artykuł. Przeglądarki rzadko oferują skuteczne, wbudowane narzędzia, które automatycznie rozwiązałyby ten problem w sposób przyjazny dla użytkownika.
Obecnie niemal wszystkie liczące się przeglądarki (poza Firefoxem i Safari) bazują na silniku Chromium. Edge, Opera, Brave czy Vivaldi – pod maską to w dużej mierze ten sam produkt, nad którym pieczę sprawuje Google. Taka sytuacja ogranicza innowacyjność. Jeśli Google zdecyduje się na wprowadzenie zmiany niekorzystnej dla użytkowników (jak wspomniany Manifest V3), inni producenci mają bardzo ograniczone pole manewru, by się temu sprzeciwić. Brak realnej konkurencji sprawia, że twórcy nie muszą tak bardzo starać się o naszą sympatię.
Trudno oczekiwać nagłego zwrotu o 180 stopni, dopóki internet opiera się na darmowych treściach finansowanych reklamami. Istnieją jednak sygnały, że rynek zaczyna reagować na frustrację użytkowników:
Coraz większą popularność zdobywają projekty skupione wyłącznie na prywatności i szybkości, takie jak Librewolf (czystsza wersja Firefoxa) czy przeglądarki tekstowe dla purystów. Użytkownicy zaczynają szukać alternatyw poza głównym nurtem.
Unia Europejska poprzez akty takie jak DMA (Digital Markets Act) próbuje wymusić na gigantach technologicznych większą otwartość i łatwiejszą możliwość zmiany domyślnych aplikacji. To może zmusić producentów do walki o użytkownika jakością, a nie przymusem.
Historia technologii często zatacza koło. Po okresie „puchnięcia” aplikacji zazwyczaj przychodzi moda na minimalizm. Widać to w nowych projektach, takich jak przeglądarka Arc, która próbuje całkowicie przedefiniować sposób, w jaki wchodzimy w interakcję z siecią, stawiając na porządek i eliminację rozpraszaczy.
Na ten moment zmiana zależy głównie od nas – konsumentów. Dopóki będziemy akceptować przeładowane funkcjami i śledzące nas narzędzia, producenci nie będą mieli motywacji do zmian. Eksperymentowanie z mniej popularnymi przeglądarkami i dbanie o własną higienę cyfrową to jedyne skuteczne sposoby, by pokazać rynkowi, czego naprawdę oczekujemy.