Gość (37.30.*.*)
Poczucie narastającego napięcia, przyspieszone bicie serca i moment, w którym główny bohater ma wreszcie wyznać prawdę lub przeciąć odpowiedni kabel w bombie – i nagle, zamiast wielkiego finału, na ekranie pojawia się uśmiechnięta rodzina zachwalająca proszek do prania. To doświadczenie, które zna niemal każdy widz tradycyjnej telewizji. Choć stwierdzenie, że „nic nie stresuje tak bardzo”, jest pewną hiperbolą, to z punktu widzenia psychologii emocji, nagłe przerwanie narracji w jej kulminacyjnym punkcie jest jednym z najbardziej frustrujących bodźców w świecie rozrywki.
Nasze mózgi podczas oglądania angażującego filmu wchodzą w stan tzw. „transportu narracyjnego”. To moment, w którym tracimy poczucie czasu i otoczenia, całkowicie zanurzając się w świecie przedstawionym. Kiedy ten proces zostaje gwałtownie przerwany przez blok reklamowy, dochodzi do nagłego „wybudzenia”, co wywołuje wyrzut kortyzolu – hormonu stresu.
Zjawisko to jest potęgowane przez tzw. efekt Zeigarnik, który mówi o tym, że ludzki umysł lepiej zapamiętuje i intensywniej myśli o zadaniach (lub historiach), które nie zostały ukończone. Przerwa w finale sprawia, że nasze napięcie poznawcze nie znajduje ujścia, co prowadzi do autentycznego rozdrażnienia.
W starciu z tradycyjną telewizją, internet i platformy streamingowe (VOD) zdają się wygrywać niemal na każdym polu, jeśli chodzi o komfort psychiczny widza. Główną przewagą sieci nie jest tylko brak reklam, ale przede wszystkim kontrola.
Większość płatnych serwisów streamingowych opiera swój model biznesowy na subskrypcji. Płacąc miesięczny abonament, kupujemy de facto „święty spokój”. Możemy obejrzeć cały sezon serialu bez ani jednej przerwy, co pozwala na pełne przeżywanie emocji zaplanowanych przez twórców.
Nawet jeśli korzystamy z darmowych serwisów wideo, które wyświetlają reklamy, często mamy możliwość ich pominięcia po kilku sekundach. W tradycyjnej telewizji jesteśmy skazani na kilkunastominutowe bloki, których nie da się „przewinąć”. To poczucie sprawstwa w internecie znacząco obniża poziom frustracji.
W internecie to my decydujemy, kiedy nastąpi przerwa. Jeśli musimy odstawić herbatę lub odebrać telefon, po prostu naciskamy pauzę. W telewizji to nadawca decyduje o rytmie naszych emocji, co w dobie personalizacji usług wydaje się przeżytkiem.
Wielu użytkowników zastanawia się, czy warto płacić za kilka różnych platform streamingowych. Jeśli jednak spojrzymy na to przez pryzmat jakości wypoczynku, rachunek staje się prosty. Czas, który oszczędzamy na nieoglądaniu reklam, można liczyć w godzinach w skali miesiąca.
Warto jednak zauważyć, że rynek się zmienia. Coraz więcej platform streamingowych wprowadza tańsze pakiety z reklamami. Różnica polega jednak na tym, że algorytmy internetowe starają się umieszczać przerwy w mniej inwazyjnych momentach niż tradycyjna telewizja, która często tnie sceny w połowie zdania, byle tylko zmieścić blok reklamowy o pełnej godzinie.
Czy kiedykolwiek odniosłeś wrażenie, że reklamy są znacznie głośniejsze niż sam film? To nie jest złudzenie. Choć istnieją regulacje prawne ograniczające poziom głośności, reklamodawcy stosują tzw. kompresję dynamiki. Sprawia ona, że dźwięk jest stale na maksymalnym dopuszczalnym poziomie, podczas gdy w filmach dźwięk naturalnie faluje (są momenty ciszy i wybuchów). To kolejny czynnik, który potęguje stres podczas nagłego przerwania finałowej sceny – nie dość, że wyrywają nas z historii, to jeszcze robią to z ogromnym hukiem.
Podsumowując, przewaga internetu nad tradycyjną telewizją w kwestii finałowych rozstrzygnięć jest bezdyskusyjna. Mimo kosztów subskrypcji, możliwość przeżywania historii bez wymuszonych przerw przekłada się na znacznie wyższy komfort psychiczny i lepsze doświadczenia płynące z popkultury. Telewizja, chcąc przetrwać, musi coraz częściej sięgać po formaty „bez reklam”, by zatrzymać widza, który przyzwyczaił się już do luksusu niezakłóconego seansu.