Gość (37.30.*.*)
Historia wychowania i opieki nad dziećmi przeszła w ciągu ostatniego stulecia gigantyczną metamorfozę. To, co jeszcze kilkadziesiąt lat temu uznawano za normę, a nawet za przejaw „troski” o właściwe ukształtowanie charakteru, dziś budzi grozę i jest jednoznacznie potępiane przez naukę. Dawne metody dyscyplinowania, szczególnie w placówkach zamkniętych, takich jak sanatoria, prewentoria czy internaty, opierały się na zupełnie innym rozumieniu psychiki dziecka niż to, którym dysponujemy obecnie.
Przez wieki dominowało przekonanie, że dziecko rodzi się „dzikie” i należy je „ociosać”, aby stało się użytecznym członkiem społeczeństwa. Model ten, często nazywany „czarną pedagogiką”, zakładał, że posłuszeństwo jest najwyższą cnotą, a złamanie woli dziecka to niezbędny element procesu wychowawczego. Wierzono, że strach jest najlepszym motywatorem do nauki i przestrzegania zasad.
W placówkach takich jak sanatoria dochodził do tego aspekt medyczny i organizacyjny. Dzieci przebywały tam często bez rodziców, pod opieką personelu, który musiał zapanować nad dużą grupą podopiecznych. Surowa dyscyplina była sposobem na utrzymanie porządku i higieny w warunkach masowych. Panowało przekonanie, że „zimny chów” hartuje nie tylko ciało, ale i ducha, przygotowując młodego człowieka do trudów dorosłego życia.
Metody stosowane w dawnych instytucjach opiekuńczych i leczniczych były zróżnicowane, ale niemal zawsze opierały się na przemocy fizycznej, psychicznej lub symbolicznej. Do najczęstszych praktyk należały:
Ciekawostką jest fakt, że w niektórych placówkach leczniczych w połowie XX wieku stosowano tzw. „zimne prysznice” lub zawijanie w mokre, zimne prześcieradła jako metodę uspokajania „niegrzecznych” lub nadpobudliwych dzieci. Choć oficjalnie nazywano to zabiegami hydroterapeutycznymi, w rzeczywistości pełniły one funkcję represyjną.
Współczesna psychologia, wspierana przez neurobiologię, dostarcza twardych dowodów na to, że dawne metody dyscyplinowania nie tylko nie wychowywały „lepszych ludzi”, ale wyrządzały trwałe szkody w strukturze mózgu i psychice dziecka.
Dziecko żyjące w ciągłym strachu przed karą znajduje się w stanie permanentnego stresu. Wysoki poziom kortyzolu (hormonu stresu) w młodym organizmie negatywnie wpływa na rozwój hipokampa, odpowiedzialnego za pamięć i uczenie się, oraz kory przedczołowej, która odpowiada za regulację emocji i podejmowanie decyzji. Zamiast uczyć się moralności, dziecko uczy się jedynie, jak unikać kary i jak przetrwać w nieprzyjaznym środowisku.
Szczególnie szkodliwe były praktyki stosowane w sanatoriach, gdzie dzieci oddzielano od rodziców. Według teorii przywiązania Johna Bowlby’ego, zerwanie więzi z głównym opiekunem w połączeniu z surowym traktowaniem przez personel prowadzi do tzw. traumy relacyjnej. Dzieci te w dorosłości często zmagają się z problemami w budowaniu bliskich relacji, lękiem przed porzuceniem lub nadmierną wycofanością emocjonalną.
Psycholodzy zauważają, że kary cielesne i psychiczne działają tylko „tu i teraz” – dziecko przestaje coś robić, bo się boi. Nie uczy się jednak, dlaczego dane zachowanie było niewłaściwe. W dłuższej perspektywie takie metody rodzą agresję, bunt lub całkowitą apatię i wyuczoną bezradność.
Dzisiejsza pedagogika i psychologia opierają się na budowaniu relacji i zrozumieniu potrzeb dziecka. Zamiast karania, stosuje się wyciąganie konsekwencji, które są logicznie powiązane z zachowaniem, oraz naukę samoregulacji.
Współczesne placówki lecznicze i wychowawcze kładą nacisk na:
Wiedza o tym, jak niszczycielski wpływ na psychikę miały dawne metody, pozwoliła na stworzenie standardów ochrony małoletnich, które dziś obowiązują w większości cywilizowanych krajów. Choć proces odchodzenia od autorytarnych metod wychowawczych wciąż trwa w niektórych domach, nauka jest w tej kwestii jednoznaczna: przemoc i upokorzenie nigdy nie są skutecznymi narzędziami wychowawczymi.