Gość (37.30.*.*)
Wizja globalnego głodu, który puka do drzwi luksusowych apartamentów w Nowym Jorku, Londynie czy Warszawie, brzmi jak scenariusz filmu postapokaliptycznego. Niestety, eksperci zajmujący się bezpieczeństwem żywnościowym ostrzegają, że to twierdzenie jest przerażająco bliskie prawdy. Nasz nowoczesny system żywnościowy, choć niezwykle wydajny, przypomina kolosa na glinianych nogach. Opiera się bowiem na skrajnym uproszczeniu biologicznym, czyli monokulturach.
Wydaje nam się, że pieniądze mogą kupić wszystko, ale w obliczu globalnego załamania zbiorów, waluta traci na znaczeniu, gdy fizycznie brakuje towaru na rynku. Większość krajów zachodnich jest importerami netto kalorii lub polega na globalnym łańcuchu dostaw, aby utrzymać obecną dietę. Jeśli produkcja podstawowych roślin spadnie o kilkadziesiąt procent, ceny wystrzelą w górę tak gwałtownie, że wywoła to nie tylko kryzys ekonomiczny, ale i potężne niepokoje społeczne.
Kluczowym problemem jest to, że współczesne rolnictwo postawiło na kilka konkretnych odmian roślin, które dają najwyższe plony. Oznacza to jednak, że mają one niemal identyczny kod genetyczny. Jeśli pojawi się patogen (grzyb, wirus lub bakteria), który nauczy się przełamywać ich odporność, może on zniszczyć całe światowe zasoby w ciągu jednego lub dwóch sezonów, nie napotykając po drodze żadnej naturalnej bariery w postaci odpornych odmian.
Kiedy mówimy o roślinach, które „trzymają świat przy życiu”, mamy na myśli te, które dostarczają największą liczbę kalorii i stanowią bazę dla przemysłu paszowego. Oto „wielka piątka”, której zniknięcie oznaczałoby katastrofę:
Czy wiesz, że banany, które jemy dzisiaj (odmiana Cavendish), smakują inaczej niż te, które jedli nasi pradziadkowie? Do lat 50. XX wieku królowała odmiana Gros Michel. Została ona niemal całkowicie wytępiona przez grzyba wywołującego tzw. chorobę panamską. Dziś ten sam los grozi odmianie Cavendish, ponieważ wszystkie banany tego typu są swoimi genetycznymi klonami.
Twierdzenie o hodowlach drobiu jest równie zasadne. Kurczaki są najczęściej spożywanym rodzajem mięsa na świecie, ponieważ ich hodowla jest najtańsza i najszybsza. Jednak nowoczesny drób hodowany jest w ogromnym zagęszczeniu, co tworzy idealne warunki dla mutacji wirusów, takich jak ptasia grypa (H5N1).
Jeśli wysoce zjadliwy szczep zaatakuje fermy wielkotowarowe, rządy zmuszone są do masowej utylizacji milionów ptaków. Dla bogatych krajów oznacza to nie tylko brak taniego białka, ale i załamanie całego sektora usług gastronomicznych. Warto pamiętać, że drób to nie tylko mięso, ale i jajka, które są składnikiem tysięcy produktów spożywczych.
Naukowcy oceniają, że prawdopodobieństwo jednoczesnego ataku na wszystkie te sektory jest niskie, ale ryzyko dotyczące pojedynczych upraw rośnie wraz ze zmianami klimatu. Wyższe temperatury i wilgotność sprzyjają rozprzestrzenianiu się szkodników i grzybów na obszary, które wcześniej były od nich wolne.
Bogate kraje zachodnie mają co prawda rezerwy strategiczne i potężny kapitał, by licytować się o resztki żywności na rynku globalnym, ale taka sytuacja doprowadziłaby do racjonowania towarów, pustych półek i inflacji, jakiej nie widzieliśmy od dziesięcioleci. Prawda w tym twierdzeniu tkwi więc w skali uzależnienia: nasze bezpieczeństwo opiera się na zaledwie kilku gatunkach organizmów, co w biologii zawsze jest przepisem na kłopoty.
Rozwiązaniem, nad którym pracują banki nasion (takie jak Globalny Bank Nasion na Svalbardzie), jest zachowanie różnorodności genetycznej. Powrót do uprawy dawnych odmian, inwestycje w inżynierię genetyczną odporną na patogeny oraz dywersyfikacja diety to jedyne sposoby, by to czarne proroctwo nigdy się nie spełniło. Na ten moment jednak, gdyby „wielka piątka” roślin zniknęła, świat, jaki znamy, przestałby istnieć w ciągu kilku miesięcy.